Esencjonalna wypowiedź Bartoszewskiego podczas wręczenia tytułu honorowego obywatela miasta Oświęcim.
"... po Oświęcimiu wyszedłem starszy o kilka miesięcy uwięzienia i garść doświadczeń, które przekraczały odporność psychiczną młodego człowieka. Tym bardziej że z powodów racjonalnych o Oświęcimiu nie opowiadałem. ..."
"... Chociaż przechodziłem wiele różnych innych doświadczeń, to te doświadczenia mnie ukierunkowywały. I to, że miałem – w wyniku mądrego wyboru rodziców – mądrych pedagogów, dobrą szkołę. I że nie straciłem wiary, choć była we mnie zachwiana. "
"Takie skłonienie do refleksji nad porządkiem życia, nad sensem życia, nad kolejnością życia, nad wydarzeniami w życiu."
"... Na tym kończę proszę Państwa, wskazując na względność, względną wartość ocen ludzkich i na ważność wartości nieprzemijających..."
Podczas uroczystej sesji Rady Gminy Władysław Bartoszewski został ogłoszony honorowym mieszkańcem Gminy Oświęcim. Jak to było już powiedziane, bardzo pracowicie i ładnie zebrany materiał pokazane. No, rzeczywiście, w życiu różnych laurów mnie skąpo. Wprawdzie to się rozłożyło nierównomiernie, bo tak do "S" przeważnie siedziałem, a potem przeważnie nagradzano. Tak bywa. Gorzej by było, gdyby mnie nagradzano jako uczeń, a potem bym przeważnie siedział. No, bo stało się inaczej.
Ale chciałem powiedzieć, że bardzo na serio, z wielką wdzięcznością traktuję godność obywatela honorowego Gminy Oświęcim. Ja jestem obywatelem honorowym mojego rodzinnego miasta, Warszawy. Jestem obywatelem honorowym Gdyni, Sopotu, Szczecina... Mógłbym wymienić jeszcze kilka innych tego typu tytułów – honorowy również Dolnego Śląska. A podmiot taki jak gmina jest może najmniejszy, ale dla mnie może należeć, mimo swojej znikomej w stosunku do tych innych podmiotów wielkości, do najważniejszych.
Dzisiaj mamy 2 września. 1 września 1940 roku, 72 lata temu, od wczesnego świtu w wagonie towarowym, tak zwanym bydlęcym, jechałem z rampy kolejowej w Warszawie do granicy Generalnej Guberni i Rzeszy. Pociąg stanął na dłużej w Poraju, a potem, po dłuższej przerwie, ruszył na teren Rzeszy. Myśmy oczywiście starali się dowiedzieć, zorientować, dokąd jedzie. Nie widzieliśmy tego, bo nikt nam nie mówił.
Było nas 1700 osób, jak się potem okazało – mniej więcej do "TR" ofiar branki hitlerowskiej z 19 września, w ramach akcji AB, a 13 bezpośrednio z więzienia politycznego Gestapo na Pawiaku. Przybyliśmy późno w nocy września do Oświęcimia, na rampę, nie wiedząc, dokąd przybyliśmy. To jest tu opisane w wielkim skrócie. Ja mogę tyle powiedzieć, że zarejestrowano nas w ramach porządku.
Od następnego dnia, od godziny 02:22, ten transport w historii obozu Auschwitz nosi miano drugiego transportu warszawskiego, zarejestrowanego 22 września 1940 roku. Otrzymałem numer 4427. Byłem jednym z młodocianych wtedy.
Pierwsze tygodnie nas tylko uczono gimnastyki – w swoistym hitlerowskim pojęciu tego słowa – i próbowano nas uczyć niemieckiego. No a po następnych tygodniach skierowano do robót. Pracowałem przy walcu drogowym, pracowałem przy rozładunku wagonów towarowych. I – o horror – pracowałem przy rozbiórce domów Polaków wysiedlonych z Zasola. Prawda, gdzie marzyliśmy, żeby znaleźć coś do jedzenia – choćby jakiegoś spleśniałego konserwowego, gdzieś tam zapomnianego – przy gwałtownym wysiedleniu bogu ducha winnych ludzi.
Przeżyłem ten apel, o którym mowa była dzisiaj. Ten apel stał się materiałem literackim i ukazał się w tomie "Noc" – nowela Jerzego Andrzejewskiego, który więźniem nigdy nie był, ale który na podstawie relacji napisał kapitalną nowelę "Apel". Pod tym tytułem przedrukowano ją w różnych zbiorach i wyborach tego znanego pisarza.
Za mojego pobytu w obozie odbyły się w żwirowni dwie egzekucje: 11 listopada i 14 marca. Zwolniono mnie, jak powiedziano tutaj, 8 kwietnia. To był wtorek Wielkiego Tygodnia. Załadowano nas na dworcu w Oświęcimiu do pociągu osobowego do Katowic. Ładował nas konwojent, który robił to rzeczowo – załatwił bilety, dał nam do ręki cel – Warszawa.
Bo ja się skupiłem z trzema, którzy jechali do Warszawy. Inni jechali na Śląsk i tam się rozstali. I dlaczego mówię z takim naciskiem, że ten mały podmiot, Gmina Oświęcim, to dla mnie coś zupełnie nieporównywalnego z innymi wielkimi zaszczytami?
Bo to – wsiedliśmy przerażeni, zmarznięci. Tego dnia padał śnieg, mimo że był 8 kwietnia, i wiał zimny wiatr od Soły, od Wisły. I tak przyszliśmy na ten dworzec i czekaliśmy, żeby już siąść do wagonu. No i ten wagon ruszył.
Myśmy byli bez nadzoru – pierwszy raz od miesięcy. I siedliśmy do przedziału, w którym siedziały dwie dziewczyny, kilka lat młodsze. Jeśli żyją, bo to były dziewczyny z Sądu, no to mają 85–86 lat w tej chwili. Może i żyją.
I te dziewczyny tak spojrzały – głowy ogolone – mówią:
– Panowie z obozu?
Ja mówię:
– Tak.
Ja zawsze byłem wygadany, więc od razu mówię:
– Tak, ale my jedziemy do Warszawy.
A one:
– A, to z Warszawy? A to jesteście pewnie głodni.
Jedna wyciągnęła bułkę z serem, z wędliną, przekrojoną, którą brała ze sobą.
Nie wiem, do pracy, do szkoły, bo były nastolatki, i dała nam tę bułkę. Ja powiedziałem:
– Niech pani tego nie robi, bo wy macie tu kartki w Rzeszy i trudności.
A ona:
– A no, my dostaliśmy. Teraz jedziemy do... Nie, proszę bardzo.
No i ten uśmiech dobroci, ten gest polskiej solidarności wiąże się dla mnie do końca życia z dziewczynami ze Święcic, bo tak było. Sam bym sobie tego nie wybrał. Dopiero później spotkałem innych życzliwych ludzi, spotkałem dom, ludzi, moich dawnych wykładowców szkoły, księży. Tak.
Ale najważniejszy jest pierwszy moment, który człowiekowi utknie w głowie – tak jak ten moment, powiedzmy, początku wojny czy moment wejścia Niemców do Warszawy. To zapamiętuje się na długo.
No i cóż, po Oświęcimiu wyszedłem starszy o kilka miesięcy uwięzienia i garść doświadczeń, które przekraczały odporność psychiczną młodego człowieka. Tym bardziej że z powodów racjonalnych o Oświęcimiu nie opowiadałem. To znaczy nosiłem to w sobie. Nie opowiedziałem nawet moim rodzicom. Nie opowiadałem moim kolegom na kompletach tajnego nauczania. Opowiedziałem to tylko księżom, jednemu mojemu dawnemu wychowawcy szkoły – i to wszystko.
Żeby było dziwniej, ten wychowawca trafił do Oświęcimia w 1943 roku, został zamordowany w 1944. A spośród tych dwóch księży, którym to opowiadałem, jeden to Roman Archutowski – późniejszy męczennik Majdanka, zesłany do innego obozu, gdzie zmarł w opinii świętości. Został wyniesiony na ołtarze jako błogosławiony przez Jana Pawła II w czerwcu 1999 roku, w czasie jego pielgrzymki do Warszawy.
Tak więc tak dziwnie splatają się wszystkie te rzeczy w mojej młodości. Chociaż przechodziłem wiele różnych innych doświadczeń, to te doświadczenia mnie ukierunkowywały. I to, że miałem – w wyniku mądrego wyboru rodziców – mądrych pedagogów, dobrą szkołę. I że nie straciłem wiary, choć była we mnie zachwiana.
I te słowa mojego spowiednika, który mi mówił, że on też nie rozumie wyroków boskich. Ale skoro jestem wierzący, skoro przyszedłem do spowiedzi, to znaczy, że wierzę w Boga. A on mówi:
– A może by się zastanowić inaczej? Nie dlaczego dzieje się niesprawiedliwość, ale dlaczego Bóg chciał, żebyś ty ocalał? Co ciebie obowiązuje, nie co Boga obowiązuje.
Bardzo to było życiowo powiedziane do młodego chłopca, prawda? Przez mądrego księdza. Nie przekonywał mnie o nieomylności wyroku Boga, że tak być musi, ani nie mówił: „Ja też nie wiem”. Ale że to jest po coś. I żeby miało sens, to musisz ty do tego się przyłożyć i ty o to zadbać.
No, bardzo wydaje mi się to głębokie. I choć minęły dziesiątki lat od tamtej spowiedzi, to wydaje mi się to bardzo głębokie po ludzku – obojętne, czy dla ludzi wierzących bardziej, mniej, czy niewierzących. Wszystko jedno. Takie skłonienie do refleksji nad porządkiem życia, nad sensem życia, nad kolejnością życia, nad wydarzeniami w życiu.
No i ta refleksja nie bardzo mnie opuszczała. Tak się potem ułożyło, że los mnie nie pieścił – jak nie pieścił tysięcy innych ludzi PRL-u. I że trafiłem dla odmiany do więzień komunistycznych.
W jednym z nich jeden z oficerów śledczych – młody, stosunkowo młody Polak przecież – zadał mi pytanie:
– A byłeś w Oświęcimiu?
Mówię:
– Tak.
A on pyta:
– A lepiej tam, czy tutaj?
W areszcie śledczym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. A ja mówię:
– Mam powiedzieć prawdę?
– Gadajcie.
– Chyba jednak tam.
A on mówi:
– Tak? A dlaczego?
– Bo tam to zrobili Niemcy, a tu to robicie wy. A przecież jesteśmy Polakami.
Cisza.
Czyli dziecko było chrzczone, czyli jesteśmy Polakami i katolikami. To gorzko… Nie, nie powiem, bo to słowa niecenzuralne, jak zareagował na tę moją wypowiedź – z serca płynącą, zresztą i z rozsądku.
Drodzy Państwo, lata, które poświęciłem pracom różnym społecznym, dotyczącym Oświęcimia, dały mi bardzo różne doświadczenia. Dały mi doświadczenia dramatyczne, powiedzmy sobie, blizny, które to pozostawiło – wielu na stałe. Blizny te obserwowałem na byłych więźniach – i Polakach, i Żydach.
Bywałem wielokrotnie, w sumie około 20 razy, w Państwie Izrael. Rozmawiałem z wieloma byłymi więźniami Oświęcimia tam żyjącymi. Z niektórymi – z jednym w Warszawie, który żyje – więźniem Oświęcimia, polskim Żydem. I z innymi, żyjącymi w Izraelu, w Stanach Zjednoczonych, utrzymuję kontakty korespondencyjne, telefoniczne, różne inne.
Bo nas łączy coś ważniejszego od czegokolwiek innego, od tego, co przechodnie i przemijające. Może swoim zwyczajem zakończę to czymś bardziej anegdotycznym, bo życie składa się z tej połowy szklanki pełnej i połowy szklanki pustej. Ja zawsze widzę tę połówkę pełną.
Tutaj, w czasie tych obchodów – pamiętnych z powodu zimna, drażliwie drastycznego – w roku 2005, kiedy było tyle głów koronowanych i znakomitych osobistości zebranych… Birkenau, nie Birkenwald. Byłem przecież tam nieraz, miałem skalę porównawczą.
Miałem szczęście być i z papieżem Janem Pawłem II, i z papieżem Benedyktem XVI. Dwa razy z papieżami w jednym życiu – no, rzadko może się to komuś zdarzyć, ale tak było. Nie tylko dla mnie to było wydarzenie, ale i dla mnie oczywiście.
No i wtedy – to wielkie wydarzenie, z tymi tak licznymi prominentnymi ludźmi, którzy przybyli z Rosji, z Francji, z Anglii, z Holandii, nie wiadomo skąd w ogóle – tutaj, i wszyscy trzęśli się z zimna. Mimo że byliśmy przecież w kożuchach.
I podchodzi do mnie mój przyjaciel – oświęcimiak, właściwie szczęściarz w latach 1943–44 – i mówi do mnie:
– Władysław, tego nie da się wytrzymać.
– Czego?
– Tego mrozu!
A ja mówię:
– Wiesz co, Izrael… (bo tak miał na imię) – przebierz się w pasiak na godzinę. Zobaczysz, jak ci było dobrze w tym futrze.
Na tym kończę proszę Państwa, wskazując na względność, względną wartość ocen ludzkich i na ważność wartości nieprzemijających.
żródło: https://www.youtube.com/watch?v=M6z3JHOIWRk