loading...

Zapis wystąpienia - Marek Orłowski

23 lipca Odsłon: 318

W świecie, gdzie budynki stają się niemymi świadkami historii i kultury, rzadko zastanawiamy się nad tymi, którzy tchnęli w nie życie. Marek Orłowski, w swoim wystąpieniu, bezkompromisowo stawia czoła problemowi braku uznania dla twórców architektury Szczecina. Odpowiada też na pytania o powojenną dumę miasta, kluczową rolę konkursów architektonicznych i zastanawia się, dlaczego współczesna architektura deweloperska często rozczarowuje. Czy pogoń za "szklanym sufitem" to droga donikąd, a niewykorzystany potencjał "Floating Garden" hamuje rozwój miasta? Zapraszamy do lektury pełnego tekstu, który prowokuje do refleksji nad przyszłością urbanistyki w Szczecinie.

Najważniejsze tezy

 

  • Brak uznania dla autorów architektury: W przestrzeni publicznej Szczecina brakuje świadomości i docenienia dla architektów jako twórców. Nazwiska architektów rzadko są przypisywane ich dziełom, co świadczy o niskiej randze architektury w świadomości społecznej. Autor zauważa, że w czasach PRL było to lepiej widoczne, a obecnie walka z anonimowością architektury jest "walką z wiatrakami".

  • Powojenny rozwój Szczecina jako powód do dumy: Mimo zniszczeń wojennych, Szczecin dokonał znaczących osiągnięć w powojennej odbudowie i rozwoju architektonicznym (np. odbudowa Podzamcza i Zamku Książąt Pomorskich). Autor podkreśla, że jest to dzieło imponujące, biorąc pod uwagę brak wcześniejszych tradycji morskich czy portowych wśród osadników, i powinno być powodem do optymizmu, a nie kompleksów.

  • Kluczowa rola konkursów architektonicznych: Konkursy architektoniczne są fundamentalne dla zapewnienia wysokiej jakości powstającej architektury. Ich brak w przypadku nowych inwestycji, takich jak szkoła na Warszewie czy planowane budynki Uniwersytetu Szczecińskiego, prowadzi do tworzenia obiektów pozbawionych wartości artystycznej i funkcjonalnej. Autor wyraża rozczarowanie spadkiem stosowania konkursów po początkowych sukcesach Filharmonii i Muzeum Przełomów.

  • Niski poziom współczesnej architektury deweloperskiej: Aktualna koniunktura na rynku budowlanym, choć skutkująca masowym powstawaniem mieszkań, niestety nie przekłada się na jakość architektury. Wiele nowych inwestycji, zwłaszcza na Łasztowni, jest efektem dążenia do maksymalizacji zysku ("tłuczenia pumu") kosztem estetyki i funkcjonalności.

  • Krytyka idei "szklanego sufitu": Dążenie do budowania wysokich budynków w Szczecinie (tzw. "szklany sufit") jest krytykowane jako przejaw kompleksu prowincjusza i błędne rozumienie jakości przestrzeni. Autor podkreśla, że wysokość nie jest wyznacznikiem nowoczesności ani kulturalnego rozwoju miasta.

  • Niewykorzystany potencjał "Floating Garden" i relacji z wodą: Strategia "Floating Garden" (Mieszkający Ogród) była celną koncepcją, skupiającą się na unikalnym związku Szczecina z wodą. Jej zaniedbanie przyczynia się do problemów rozwojowych miasta, takich jak brak młodych ludzi do obsadzenia stanowisk w biurowcach, ponieważ miasto nie jest wystarczająco atrakcyjne. Autor postuluje odkurzenie tej idei jako prawdziwego magnesu dla mieszkańców i firm, podkreślając historyczny związek miasta z rzeką.

 


Dzień dobry Państwu!

Strasznie dużo wątków pojawiło się w wypowiedziach moich poprzedników, więc ciężko się do czego odnieść. Po pierwsze, powiem, że bardzo mnie wzruszył Piotr tą bardzo długą listą fantastycznych nazwisk i architektury. To samo w sobie jest ważnym elementem, ponieważ niezwykle rzadko pojawia się w przestrzeni publicznej. To jest coś, co mnie straszliwie boli, z czym próbowaliśmy walczyć od właściwie 30 lat, od okresu transformacji – żeby ta architektura miała autorów, żeby nie była anonimowa. A niestety się to dzieje.


Paradoks zupełny, że za tak zwanej komuny, czyli w tych czasach, kiedy powstawały te obiekty, w „Kurierze Szczecińskim” była rubryka architektoniczna, pojawiały się konkursy na „Mistera Szczecina”, które są do dzisiaj źródłem takiej fajnej wiedzy historycznej, bo Politechnika Szczecińska wydawała książki na ten temat pod redakcją Wojtka Baja i Adama Szymskiego, i tam jest dużo tego materiału. Natomiast walka ze współczesną prasą czy mediami elektronicznymi o to, żeby do dzieła architektonicznego, do jakiegoś budynku, przypisane było nazwisko architekta, to jest po prostu walka z wiatrakami. Ja już się poddałem, bo tego nie sposób się z tym przebić. To jest kompletnie dziwne, ale niestety świadczy o niskiej randze architektury w tej świadomości.


Na początku lat 90., jak Stefan Kuryłowicz zaczął się w magazynach kolorowych dla pań pokazywać na tle swojego zielonego Jaguara, to ja mówię: "O, wreszcie pojawia się w Polsce również pewnego rodzaju star system, który architektów wyciąga gdzieś na, powiedzmy, do przestrzeni publicznej, żeby oni znowu zaczęli być postrzegani jako twórcy". Każdy w towarzystwie, rozmawiając o filmach, snobuje się na to, żeby wymienić nazwisko reżysera danego filmu, bo uważa, że to tak jest elegancko i tak wypada. Natomiast rozmawiając o architekturze, w ogóle nie zadaje sobie pytania, czy za tym stoi jakikolwiek twórca. To jest po prostu w pewnym sensie bariera kulturowa.


Ale co ciekawe, nastąpiła ona w tym ostatnim okresie. To kiedyś tak źle nie było. Te wszystkie nazwiska, o których Piotr wymieniał, one funkcjonowały w przestrzeni publicznej, mimo że ci ludzie nie mieli własnych pracowni, pracowali w jakichś Miastoprojektach. To się działo między innymi dzięki prasie, dzięki tym „Misterom Szczecina”, i to pojawianie się tych budynków, mimo siermiężności tamtych czasów i tych trudności technicznych, o których mówił Piotr, no było jednak jakimiś wydarzeniami postrzeganymi chyba bardziej w przestrzeni publicznej, ale to już tak ten wątek może zakończę.


Natomiast to, co powiedział Piotr na początku – ja generalnie też jestem zbudowany tym, co jednak myśmy w Szczecinie dokonali w tym okresie powojennym. Wczoraj zupełnie przypadkowo nawiedziła mnie koleżanka z Krakowa, prezes tamtejszego SARP-u i tak, wyrwany z zupełnie z codziennych zajęć, musiałem ją przez dwie godziny wozić po Szczecinie i pokazywać jej różne rzeczy. Ona była w ogóle pierwszy raz w życiu w Szczecinie, była absolutnie zdumiona i zaszokowana pięknem tego miasta. Jak ona stanęła tam, zawiozłem ją na drugi brzeg Odry, jak stanęła nad Odrą, zobaczyła ten jachtklub, te maszty, ten port, te dźwigi i perspektywę, powiedzmy, Wałów Chrobrego, ale również odbudowanego Podzamcza. Na przykład Piotr tego nie wymienił. Uważam, że to była bardzo, bardzo świetna inwestycja. Ja pamiętam, kiedyś był u mnie kolega architekt z Niemiec, jak to zobaczył i dowiedział się, że to jest w ogóle odbudowa ze zgliszczy kompletnych, no to był po prostu w szoku. Jak myśmy to fantastycznie zrobili. To jest rzeczywiście kapitalna sprawa, co tam się wydarzyło.


Nawet to, że nie wszystkie obiekty są dobrej jakości z różnych powodów, ale jednak to, że powstały na tych starych podziałach katastralnych i tak dalej, no jest fantastycznym gestem wobec historii. Więc odbudowa zamku… No po prostu, oglądając te ruiny… Ostatnio ukazał się taki fantastyczny, dwutomowy, ogromny album Piotra Semki „Najdalsza Polska”. Wszystkim państwu bardzo polecam, bo jest to fantastyczne dzieło z ogromem zdjęć i wiedzy o tych pierwszych pięciu latach powojennych Szczecina, za dobrze wydane przez ministerstwo, więc za niewielkie pieniądze, relatywnie do wielkości tego wydania. No to po prostu morze ruin. A przecież zawsze zachodzę w głowę, jak to było możliwe, że na przykład my, lud, umówmy się, z nizin zaburzańskich i centralnej Polski, niemający absolutnie żadnych wodnych, morskich, portowych tradycji, byliśmy w stanie podnieść w ogóle z ruin, uruchomić tą gospodarkę wodną, uruchomić stocznię. No naprawdę to zadziwiające dzieło i uporządkować te góry gruzu, i odbudować kościoły, zamek i tak dalej. Więc naprawdę uważam, że nie powinniśmy mieć jakichkolwiek, znaczy wielkich kompleksów wobec tego, czego żeśmy tutaj dokonali. Jestem w tym sensie optymistą i jestem zbudowany tymi dokonaniami, i wręcz z dużą dozą ciekawości obserwuję różnego rodzaju ruchy tak zwane „szczecineńskie”, które raptem po tym okresie transformacji zaczęły się odwoływać do tej niemieckiej historii i w niej szukać jakby na siłę trochę korzeni. No ale to już jest taki, powiedzmy, wątek polityczny, mocno.


Natomiast Piotr przywoływał też oczywiście bardzo ważny wątek dla mnie, w sposób absolutnie bezpośrednio związany z jakością architektury, która nas otacza, czyli z konkursami architektonicznymi. Jak może część z państwa wie, ja przez 7 lat pełniłem zaszczytną funkcję prezesa oddziału szczecińskiego SARP-u, teraz prezesem jest Karol Nieradka. Mój następca też bardzo sobie świetnie radzi. Zresztą mamy tutaj chyba na sali Piotra Śmierzewskiego też z zarządu oddziału SARP-u, więc SARP zawsze, zresztą o czym Piotr wspomniał, miał jakby wypisane reliefem na kamiennych tablicach: „konkursy, konkursy, konkursy” i rzeczywiście zawsze służył pomocą w organizacji takich przedsięwzięć i tak dalej. Współsędziował, i to wszystko szło bardzo dobrze, szczególnie za kadencji Piotra i, powiedzmy, za kadencji świętej pamięci Jarka Bondara, architekta miasta.


Pojawienie się Filharmonii w Szczecinie i właśnie Muzeum Przełomów było takim fantastycznym momentem, w którym cała Polska naprawdę usłyszała o Szczecinie. No po prostu Szczecin wtedy był na ustach całego architektonicznego, całej architektonicznej Polski. Prasa się rozpisywała o modelu, jak to fantastycznie działa, że konkursy i tak dalej. I pan prezydent pojechał do Barcelony odebrać największą architektoniczną nagrodę Miesa van der Rohe w świetle reflektorów. I wrócił, i nastąpiło jakieś – i powietrze zeszło – i to jest to jest jakiś fenomen, którego do dzisiaj nie mogę zrozumieć.


Później w tym mieście pojawia się coś takiego jak szkoła na Warszewie, jedna z niewielu nowo zbudowanych szkół w ostatnich latach, która jest kompletnym dramatem, i czasami piszę różne teksty tutaj do lokalnej prasy. Nie wiem, czy mieli państwo okazję czytać na ten temat. Też pisałem w „Kurierze”, i to jest całkowita porażka. Ja, my cieszymy się z Filharmonii, ale mnie o wiele bardziej boli to, że szczecińskie dzieci muszą chodzić do tak paskudnej, brzydkiej, potwornej szkoły, która jest kompletnym gniotem architektonicznym, pozbawionym autorstwa, pozbawionym jakiegokolwiek, no jakiejkolwiek architektury. To jest ten budynek, o którym mówi Krzysztof, bez sztuki. No i niestety dzieje się nie najlepiej w tej chwili. Ja tak to odbieram. Nastał okres jakiejś takiej wielkiej smuty, mógłbym powiedzieć, jeśli chodzi o ten rynek, o kwestie konkursowe, bo ale nie dotyczące tylko miasta, bo na przykład Uniwersytet Szczeciński, też o tym pisałem kiedyś tekst do prasy, no zachowuje się zupełnie fatalnie, jeśli chodzi o swoje inwestycje. Ma topową działkę tutaj przy Jana Pawła, obok Wydziału Matematyki, tam gdzie jest taki basen jakiś tam przeciwpożarowy. No wydaje się, że nie ma w tej chwili w Szczecinie lepszego miejsca i bardziej prestiżowego. Oni odrzucają ideę konkursu na przykład, więc rozmowy w ogóle o tym fragmencie miasta, co jest całkowicie absurdalne już nie tylko w wymiarze architektonicznym, ale w wymiarze również promującym sam uniwersytet jako miejsce jakiegoś fermentu myślowego, które chce swoim studentom obecnym i przyszłym pokazać, że sztuka, architektura dla niego jest ważna i chciałoby tutaj postawić odpowiedni do tego budynek.


Więc no, dzieje się tak, jakbym powiedział, trochę dziwnie, bo i niestety, powiem szczerze, winię za to prezydenta i władze miasta, bo ryba gnieje od głowy – jeśli oni nie świecą w tej chwili przykładem i nie wpływają na te swoje, jakby, różne wydziały na przykład, które projektują przedszkola… Architektura jest wszędzie. Powiedzmy, że nieźle dzieje się, mimo że to nie są konkursy, w dziedzinie takich małych placyków miejskich, gdzie tam gdzieś pani ogrodnik miejska (nie miałem nigdy przyjemności poznać tej pani, ale ona rzeczywiście robi niezłą robotę w Szczecinie, to tu widać). Ale Piotr wymienił wiatę na tym… No rzeczywiście wiatę, dzięki działaniu Tomka Sachanowicza z uczelni, udało się o dziwo uratować. No ale zaraz kolej dostawiła drugą swoją wiatę tam przy tych schodach. No i to jest kompletny koszmar. No podobnie zresztą jak dworzec w Szczecinie, który niestety jest smutną, smutną porażką. Chyba mieliśmy trochę pecha wtedy, jak kolej decydowała się o przebudowie tego, bo przecież w Polsce równolegle powstawały bardzo fajne dworce w ostatnim czasie.


Więc mogę powiedzieć, że ogólnie lubię to miasto i uważam, że robiliśmy w nim bardzo dużo dobrego. Natomiast ostatni okres jest takim okresem niepokojącym dla mnie, również pewnego rodzaju paradoksalnie koniunktura, która jest w tej chwili na rynku budowlanym, czyli budowanie, run na to budownictwo, te tysiące mieszkań, które budują deweloperzy, no niestety nie przechodzi w jakość tego. Tłuką tego „pum” całą masę. Też pracujemy dla deweloperów. To jest trudny kawałek chleba – przekonanie ich do architektury jakiejś. No staramy się o to. Pojawiają się niektórzy nowi, młodzi deweloperzy, którzy mają już takie europejskie ambicje, ale niestety masa powstających mieszkań, masa powstających mieszkań, no nie przerodziła się w dobrą architekturę. No widzimy to niestety na Łasztowni, i był konkurs „Nowe Serce Miasta”. Widzieliśmy, że tam się coś narodzi fajniejszego. Paradoksalnie zniszczyła to koniunktura, czyli dążenie do jak największej ilości uzyskania tego „pum”. To jest taki zaskakujący dla mnie element.


Dobra wiadomość ostatniego czasu to to, że na Łasztowni powstanie jednak ten teatr. Przynajmniej jest taka wola. No daliśmy, że tak powiem, odpór środowiskowy i też prasowy dzikiemu pomysłowi zrobienia tego teatru na tyłach Muzeum Narodowego, nie? Też pisałem jakiś tekst do „Gazety Wyborczej” na ten temat. No dobrze, że wszyscy się tak zebrali i dali temu odpór, i że ten teatr wróci tam na Łasztownię, gdzie był wcześniej promowany za życia Jarka Bondara.


Jeszcze tylko jedna dygresja na koniec. Ostatnio w przestrzeni takiej publicznej pojawiła się taka jakaś dziwna dyskusja. Miałem napisać na ten temat jakiś tekst krytyczny, ale nie udało mi się z braku czasu. Mianowicie, takie dziwne wybrzmiało hasło „szklanego sufitu”, że raptem w Szczecinie powinniśmy budować wysoko, wysoko, wyżej i tak dalej. To jest zupełnie dziwny motyw. Wręcz mam jakieś podejrzenia spiskowe, że za tym stoją konkretni deweloperzy w konkretnych miejscach, którzy walczą o jakieś swoje konkretne interesy i ustami różnych ludzi wypowiadają te teorie na temat szklanego sufitu. Uważam, że owszem, no pewnie gdzieś gdzieniegdzie mogłyby te wyższe budynki powstać. Natomiast to przeniesienie tych akcentów na tę raptem wysokość dla mnie podszyte jest jakimś takim kompleksem prowincjusza, że jak będzie wysoko, to będziemy bardziej światowi i tacy nowocześni i kulturalni. A to jest zupełna bzdura, bo oczywiście nie z tego bierze się jakość przestrzeni, w której żyjemy, chodzimy, pracujemy, nie z tej wysokości.


I w tym aspekcie, już kończąc moją wypowiedź, wydaje mi się, że zagubiliśmy bardzo fajną strategię wymyśloną, nie pamiętam ile lat temu, tę strategię tego „Floating Garden”. Nigdy nie cierpiałem tej angielskiej nazwy. Ona mnie strasznie drażniła. „Floating Arena”, nasz basen i „Floating Garden”. I to takie jest, nie dla mnie, trochę śmieszne, też podszyte pewnym prowincjonalizmem, jak nazwy tych wszystkich osiedli mieszkaniowych, które muszą się nazywać jakiś tam „park” albo „hill” albo nie wiem co.


Ale istota tej myśli, żeby Szczecin skupił się na tym, co jest dla niego absolutnie unikalne na tle innych miast, czyli ilość tej wody i to zbliżenie do tej rzeki, i próba powrotu do życia na tej wodzie, że to gdzieś nie było myślą niezwykle fajną i celną i rzeczywiście dającą szansę na znalezienie tej unikalności miasta, która przyciągałaby mieszkańców, zachęcała młodych ludzi do nieucania ze Szczecina. Bo przecież w Szczecinie w tej chwili znam wiele przykładów zatrzymanych budowy projektów biurowców, ponieważ nie ma, znaczy, nie ma firm, które chciałyby w tych biurowcach wynająć biura, a te firmy nie chcą w nich wynająć biur, ponieważ nie mają ludzi do obsadzenia tych stanowisk. 10 000 metrów kwadratowych biurowiec, taki jak Łasztownia, to jest miejsce pracy dla tysiąca ludzi. Trzeba mieć tysiąc młodych ludzi, którzy znają angielski i posadzi się ich przy komputerach i będą dzwonić na cały świat albo coś tam komuś załatwiać. Tych ludzi po prostu w Szczecinie nie ma. Uczelnie mają coraz mniej studentów, a ci, co skończą studia, uciekają do Warszawy i tak dalej. Więc jest taki problem rozwojowy, o którym się tak głośno nie mówi. I wracam znowu do tego „Floating Garden”, że to mogłoby być, w moim odczuciu, takim rzeczywiście prawdziwym, fajnym magnesem, który by czynił z tego miasta jeszcze atrakcyjniejsze miejsce do życia i tak dalej. Bo jednak, jak patrzymy na te stare ryciny Szczecina, jak ostatnio gdzieś widziałem, że tam pojawiła się taka rzeźba z tych beczek ze śledziami gdzieś tam, jak to miasto było, było, no po prostu absolutnie nawleczone na ten kręgosłup tej rzeki, który stanowił jego taki rdzeń kręgowy, wokół którego toczyło się całe życie tego miasta. No niestety to, że my tutaj jesteśmy potomkami ludzi z wołyńskich równin i z centralnej Polski, jakby spowodowało, że myśmy na tę rzekę tak naprawdę nie wrócili nigdy i ciągle wydaje mi się, że nie umiemy z nią żyć. Chociaż tu też, żeby nie kończyć pesymistycznie, odbudowa nowych bulwarów, te nowe inwestycje, to zacznie powoli wracać. Natomiast uważam, że ta idea „Floating Garden” jest o wiele ważniejszą ideą, którą należy należałoby odkurzyć niż rozmowa o szklanym suficie. To może na tyle starczy, bo chyba za długo gadam.

Bardzo dziękuję.



mapa
Array ( [status] => 1 )