Podsumowanie spotkania - Zabawa, Przygoda i czterdzieści lat poszukiwań – wieczór ze Zbigniewem Antonowiczem w Jego42
W klubie odbyło się spotkanie autorskie ze Zbigniewem Antonowiczem – autorem dwóch książek o młodych żołnierzach batalionu Parasol oraz człowiekiem, dzięki któremu dwie nowe wyspy na Zalewie Szczecińskim noszą dziś imiona „Zabawa” i „Przygoda”. Spotkanie poprowadziła Aniela Kołakowska, wolontariuszka Fundacji Jego, a wierszy – bo było ich tego wieczoru dwa – wysłuchaliśmy w wykonaniu Igora, studenta pierwszego roku.
Zbigniew Antonowicz przez czterdzieści lat swojego zawodowego życia był związany z gospodarką morską – między innymi jako prezes portu Gryf i wykładowca. Pasja do historii rosła równolegle, ale dopiero na emeryturze zdecydował się na coś, czego wcześniej nigdy nie robił: napisanie od zera dwóch książek. Bohaterami obu są dwaj chłopcy z oddziału Agat–Pegaz–Parasol – Janek Wróblewski, pseudonim Zabawa, i Tadeusz Wronowski, pseudonim Przygoda – których historie, jak mówił autor, w klasycznej już monografii Piotra Stachiewicza zmieściły się w zaledwie kilku zdaniach.
Właśnie ta niesprawiedliwość – że tak barwne, a przy tym tragiczne losy zostały opowiedziane tak skrótowo – uruchomiła całe przedsięwzięcie. Przez ponad czterdzieści lat pan Zbigniew zbierał materiały: jeździł do Warszawy, odwiedzał domy pomocy społecznej, w których mieszkali ostatni żyjący świadkowie, szukał na cmentarzach adresów rodzin, pisał listy zostawiane na grobach, aż – okrężną drogą przez Poznań i Częstochowę – docierał do ludzi, którzy pamiętali choćby okruch tamtych wydarzeń. Opowiadał też o rozczarowaniach: o dwóch workach rodzinnych archiwów, które ktoś spalił, zanim zdążył do nich dotrzeć, i o odkryciach, które – jak mówił – „bolały tak samo mocno, jak cieszyły”.
Sporo miejsca w rozmowie zajęła też historia Andrzeja Ziemilskiego, pseudonim Krzyś, i jego jedynego zachowanego wiersza, poświęconego pamięci Janka Zabawy i Leszka Makaja, poległych kolegów z konspiracji. Ten wiersz, odnaleziony w rodzinnym archiwum, przeczytał na głos Igor – i to on nadał spotkaniu chwilę ciszy, w której łatwiej było zrozumieć, ile kosztowało to pokolenie samo przetrwanie, nie mówiąc już o walce.
Drugi wiersz, który usłyszeliśmy tego wieczoru, napisał sam Zbigniew Antonowicz – dla Zbigniewa Rylskiego, pseudonim Brzoza, żołnierza, który przeżył sto dwa lata i po wojnie trafił do więzienia, gdzie na sali sądowej odczytano mu, dla postrachu, wyrok kary śmierci zamiast właściwych dziesięciu lat. „Śmiertelny epizod z życia Brzozy” to prezent, jaki autor wręczył swojemu bohaterowi na setne urodziny – i, jak sam przyznał, łzy, które popłynęły wtedy Zbyszkowi Rylskiemu, były najlepszym dowodem, że warto było pytać, wracać i słuchać.
Na koniec Zbigniew Antonowicz opowiedział też, jak przez pięć lat, krok po kroku, przez urzędy gmin i wbrew przeszkodzie stawianej przez jednego z ministrów, doprowadził do nadania dwóm nowo usypanym wyspom na Zalewie Szczecińskim imion Zabawa i Przygoda – tak, by pseudonimy dwóch przyjaciół z oddziału zostały na mapie na stałe.
Spotkanie zakończyła sesja pytań od publiczności i – jak to u nas bywa – długa rozmowa przy książkach, autografach i kawie, która trwała znacznie dłużej, niż ktokolwiek planował. Dziękujemy Anieli za przygotowanie i poprowadzenie wieczoru, Igorowi za wiersze, a przede wszystkim panu Zbigniewowi – za pokazanie, że czterdzieści lat cierpliwości (albo uporu, jak sam mawia) potrafi wskrzesić ludzi, o których historia już prawie zapomniała.
--------------------
# Transkrypcja spotkania autorskiego z Zbigniewem Antonowiczem
**Klub Jego42**
Prowadzenie: Aniela Kołakowska (wolontariuszka Fundacji Jego)
Recytacja wierszy: Igor (student I roku)
*Uwaga metodologiczna: tekst powstał na podstawie automatycznie wygenerowanych napisów. Znaczniki czasowe zostały usunięte, poprawiono pisownię, interpunkcję oraz oczywiste błędy rozpoznawania mowy (m.in. zniekształcone nazwiska: „Bróblewski” → Wróblewski, „Stiewicz” → Stachiewicz, „Zwyszek/Zbysz Krylski/Karylski” → Zbigniew Rylski, „Grubarczyk” → Gróbarczyk). W kilku miejscach, oznaczonych w nawiasach, brzmienie nazwiska lub słowa pozostaje niepewne fonetycznie i wymagałoby zweryfikowania ze źródłem pisanym. Poza tym tekst wiernie oddaje treść wypowiedzi.*
---
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Po chwili oczekiwania na wszystkich – witam państwa na spotkaniu autorskim z panem Zbigniewem Antonowiczem, autorem dwóch książek o tematyce historycznej i o młodych powstańcach, a także – co świeże – sprawcą nazwania dwóch nowych wysp usypanych na Zalewie Szczecińskim imionami-pseudonimami dwóch żołnierzy: Przygoda i Zabawa.
Mam na imię Aniela. Znajdujemy się w klubie Fundacji Jego42, w którym poza takimi spotkaniami jak dzisiejsze odbywają się również regularnie spotkania filmowe, dyskusje, debaty, koncerty i właśnie spotkania autorskie. Zapraszam do śledzenia tych wydarzeń, bo jest ich duża różnorodność, a także do śledzenia naszych stron internetowych.
Spotkanie zaczniemy od rozmowy z panem Zbigniewem, potem przejdziemy do sekcji pytań od państwa, podczas której będzie można dopytać o kwestie niewyczerpane. Wysłuchamy też wiersza napisanego przez jednego z przyjaciół z frontu naszych głównych bohaterów, po czym będzie okazja do zakupu książek, poproszenia o autograf oraz do prywatnej rozmowy, tak zwanego klubowania, a także do zwiedzenia tego miejsca, bo jest co zwiedzać – za nami znajduje się sala kinowa.
Tymczasem jeszcze dwa słowa o panu Zbigniewie – do czego pewnie później wrócimy. To jemu zawdzięczamy nazwanie tych wysp, jego autorstwa są też książki, które są przed nami. Pan Zbigniew przez 40 lat swoje zawodowe życie związał z gospodarką morską, między innymi pełniąc funkcję prezesa portu Gryf oraz będąc wykładowcą. Zainteresowanie historią rozwijało się równolegle, a te „cegiełki” udało się dołożyć dopiero na emeryturze, kiedy to podjął się pan tak dużego zadania jak napisanie od zera, bez wcześniejszego doświadczenia, dwóch książek.
Przechodząc do pierwszego pytania: źródła swojego zainteresowania wskazuje pan zawsze na książkę Piotra Stachiewicza o żołnierzach batalionu Parasol, w której opowiada on o zdarzeniach, jakie towarzyszyły mu na wojnie, a także pojawiają się tam wzmianki o uczestnikach wydarzeń, na których pan się skupia. Czy mógłby pan opowiedzieć, skąd wzięło się zainteresowanie akurat tymi postaciami, skąd zaangażowanie w te, a nie inne historie, a także skąd pomysł na podjęcie się takiego wyzwania jak napisanie książek?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Tak, tutaj jest kilka wątków, nie wiem, od którego zacząć – mam już, że tak powiem, z pamięcią czasem problem. Spróbuję najpierw podziękować panu Krzysztofowi i wszystkim, którzy rzeczywiście udostępnili to piękne miejsce, żebym mógł opowiedzieć o moich pasjach i moich dwóch książkach. Serdecznie dziękuję. Dziękuję też przy okazji prowadzącej Anieli i dziękuję naszemu młodemu koledze, który będzie uczestniczył w tej promocji.
Jeśli chodzi o moje zainteresowania – książka Piotra Stachiewicza „Parasol” skłoniła mnie do tego, żeby poszukać czegoś więcej o dwóch postaciach: o Tadeuszu Wronowskim, pseudonim Przygoda, i o Janku Wróblewskim, pseudonim Zabawa. A tak naprawdę, jeśli chodzi o historię, to miałem z nią problem już w szkole średniej – na świadectwie maturalnym miałem jedyną ocenę dostateczną właśnie z historii. Trochę mnie to gryzło, ale z drugiej strony interpretowałem to sobie tak, że znałem trochę inną historię niż ta, której nas uczono. Miałem bowiem taką ciekawą sytuację w młodości, że mój ojciec, który przeszedł z armią i wyzwalał Warszawę – wciągnięty do wojska, tak jak większość tych młodych chłopaków, do naszej pierwszej armii Wojska Polskiego – a sąsiad zza ściany był byłym żołnierzem spod generała Maczka. Mój ojciec słuchał Radia Wolna Europa, a sąsiad – Londynu. Często wymieniali swoje opinie, a ja podsłuchiwałem te tak zwane prawdziwe historie: o Katyniu, o Kozielsku, o Starobielsku. To mnie też, że tak powiem, uczyło innej historii niż ta z technikum. I stąd ta „trójka” [ocena] – bo po prostu nie mogłem czasem, jako młody człowiek, wytrzymać tej obłudy i kłamstwa, które nam serwowano w czasie nauczania.
To była pierwsza, dość odległa inspiracja, że zajmowałem się trochę historią. Ale te dwie postacie – a w gruncie rzeczy najbardziej Janek Wróblewski, pseudonim Zabawa – to były postacie, które w książce Piotra Stachiewicza nie zostały zbyt mocno wyeksponowane. Ta książka bywa dziś nazywana kompendium, kompletną wiedzą o oddziale Parasol. Okazało się jednak, że – w mojej, może niezbyt obiektywnej ocenie – nie wszyscy znaleźli w niej dużo miejsca, mimo że byli wspaniałymi ludźmi. Stachiewicz skupiał się na innych postaciach, na dowódcach, na działaniach bojowych oddziału, natomiast nie dostrzegał historii, które mnie fascynowały: jak ci młodzi ludzie żyli w czasie okupacji pomiędzy akcjami. I to, że Janek Wróblewski, pseudonim Zabawa – tak piękna postać, o której napisałem w pierwszej książce tak piękną historię – w tej potężnej, ponad 800-stronicowej książce doczekał się zaledwie kilku zdań. To mnie mocno bolało, bo to był wspaniały życiorys i zarazem tragedia – Janek Wróblewski ginie przecież w powstaniu warszawskim, postrzelony przez swoich. To mnie zainspirowało, żeby sprawdzić, czego jeszcze można się o nim dowiedzieć z archiwów, z historii rodzinnych – i to był punkt wyjścia.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Można też zauważyć w tych książkach, że – wbrew pierwszemu skojarzeniu – nie skupia się pan na działalności bitewnej, żołnierskiej, ale pokazuje pan, jak barwne były te życiorysy prywatnie, jak dużo możemy się dowiedzieć o charakterze tych chłopaków, którzy prowadzili swoje zwyczajne życia. Przechodząc więc do pytania o samo badanie – jak wyglądała metodyczna praca nad książkami, skoro jest mnóstwo luk, brakuje bardzo wielu informacji? Szukając ich, trafiał pan pewnie na wiele innych tropów, które prowadziły do kolejnych i kolejnych, a niektóre sprawy pozostają coraz bardziej nierozwiązane – zresztą tak jak sama „śmiercianka”, co do której nadal nie wiadomo do końca, co oznaczają słowa „ci swoi”.
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
W gruncie rzeczy moje pasje wcale w tym kierunku nie zmierzały – nie miałem absolutnie żadnego zamiaru pisać jakiejkolwiek biografii czy książki, bo wydawało mi się, że nie mam do tego zbyt dużych zdolności. Zresztą to się okazało już w szkole średniej – byłem bardziej związany z naukami ścisłymi, nie miałem talentu ani zacięcia do pisania, żadnych pamiętników nie prowadziłem. Przez pierwsze kilkadziesiąt lat to była tylko żmudna praca polegająca na zbieraniu materiałów. Dziś spojrzałem sobie zresztą do folderu poświęconego tym historiom – w formie elektronicznej ma on około 50 GB. To archiwum udało mi się zgromadzić w ciągu ponad 40 lat, bo zacząłem tę pasję mniej więcej na początku lat 80.
Na początku myślałem, że najprostszą metodą będzie dotarcie do rodziny Janka Wróblewskiego i do rodziny Tadeusza Wronowskiego. Okazało się, że Tadeusz Wronowski przeżył wojnę, więc łatwiej było odszukać jego bliskich i zdobyć materiały do drugiej książki. Natomiast jeśli chodzi o Janka Wróblewskiego, pojawił się olbrzymi problem, bo wiedziałem, że wychowywała go tylko matka. Pierwszym krokiem było więc poszukanie matki Janka – Janiny Wróblewskiej. Gdy zacząłem szukać, dowiedziałem się, że Janina już nie żyje – zmarła w 1977 roku. Kierunek poszukiwań był więc taki, żeby znaleźć miejsce jej zamieszkania oraz jakieś archiwa, artefakty, pamiątki po Janku.
Co się okazało? Janina Wróblewska została zostawiona przez rodzinę. Samotnie wychowywała syna jeszcze przed wojną – miał być jedynakiem, choć okazało się, że miał jednak siostrę (i to też był przypadek związany z odkrywaniem archiwów kościelnych). Janina, zostawiona przez rodzinę, nie doczekała się niczyjej pomocy w bardzo trudnym okresie zaraz po wojnie, kiedy to czekała, że Janek cudem wróci – tak jak wrócił z Syberii w 42 roku – i nie wierzyła, że zginął. Nie wierzyła opowieściom kolegów i koleżanek Janka z oddziału Parasol, że zginął na Czerniakowie. Jeździła wielokrotnie na rozpoznanie zwłok – bo takie to były czasy, że dopiero po wyzwoleniu Warszawy próbowano „pozbierać” zmarłych z ulic, domów, piwnic. To były straszne czasy, wymagające szybkiego działania – PCK próbowało się tym zająć. Janina przeżyła straszny szok, bo kilkukrotnie próbowano jej wytłumaczyć, że Janek nie żyje i że to są właśnie jego zwłoki. Podejrzewam, że sami ci, którzy odnajdywali kolegów i koleżanki, nie mogli być stuprocentowo pewni tożsamości. Tę sprawę próbuję mocno naświetlić w książce „Zabawa z parasola” – sam mam wątpliwości, czy zwłoki spoczywające na Powązkach, w kwaterze Parasola, to rzeczywiście szczątki Janka Wróblewskiego. Nie będę już więcej o tym opowiadał, bo poświęcam temu i moim wątpliwościom cały rozdział. One do dzisiaj pozostały – tego już się nie da zmienić.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Nowe ustalenia w tych sprawach zamieszcza pan na bieżąco na stronie internetowej, prawda?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Tak, prowadzę stronę zabawazparasola.pl [zapis adresu niepewny fonetycznie] i publikuję tam wszystko, co udaje mi się na nowo odkryć. Nie ulega wątpliwości, że cały proces poszukiwania biografii moich bohaterów polegał na tym, że gdy udawało się odkryć jakąś ciekawą historię, natychmiast otwierały się kolejne wątpliwości i pytania. Tak było na przykład, kiedy znalazłem akt urodzenia i chrztu Janka Wróblewskiego w kościele w Radomsku, a przy okazji, na tej samej stronie, dokument potwierdzający, że Janek miał rodzoną siostrę – jak się mówi. Miał jeszcze drugą, przyrodnią siostrę Barbarę, ale Małgorzata była pierwsza. To mnie od razu zainspirowało, żeby szukać informacji, co się z tą dziewczynką mogło dziać. Poszukiwałem wiele lat w różnych źródłach – na cmentarzach, w urzędach – i dopiero niedawno, w zeszłym roku, udało mi się, ku mojemu zdziwieniu, ustalić, że Małgorzata zmarła w wieku dwóch i pół roku w Warszawie. To zamknęło temat tej jednej wątpliwości – żałowałem nawet, bo myślałem, że może ta dziewczyna przeżyła i uda mi się odtworzyć też jej historię. Ale tak to już jest: gdy znajdzie się jedną drobnostkę, od razu otwierają się kolejne ścieżki poszukiwań. To bardzo mocno angażuje, ja się tym mocno emocjonowałem.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Właśnie, bo te ścieżki przez archiwa i dokumenty otwierały się bardzo różne. Ale jest też taka kwestia, że miał pan okazję czerpać nie tylko z dokumentacji pisanej, lecz i z rozmów z żywymi świadkami – często rodziną czy bliskimi, którzy mieli bezpośredni kontakt z uczestnikami tych wydarzeń. Chciałabym zapytać: jak sądzi pan, o ile trudniej byłoby badać takie losy, opierając się wyłącznie na dokumentacji pisanej, w kontraście do sytuacji, w której miał pan okazję czerpać te relacje bezpośrednio, widzieć charakter tych ludzi i to, jak te wydarzenia na nich wpływały?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Muszę powiedzieć, że archiwa zawierają różne relacje i dokumenty, ale nie ulega wątpliwości, że te same zdarzenia i te same ciekawe historie były relacjonowane pisemnie przez różne osoby, w różny sposób, i zawierały nieraz sprzeczne informacje. Żeby jednak dobrze oddać charakter tego, co działo się w trakcie konspiracji, w tamtych dniach w stolicy, kiedy Janek Wróblewski, Tadeusz Wronowski i cała grupa żołnierzy z Agatu, Pegaza i Parasola walczyli – chciałem naprawdę poznać tych moich bohaterów-przyjaciół.
Z tego oddziału przeżyła dosłownie garstka żołnierzy, ale gdy zacząłem poszukiwać znajomych Janka Wróblewskiego i Tadeusza Wronowskiego, udało mi się dotrzeć do pięciu osób. I to jest bardzo znamienne, że trzy z tych pięciu osób przebywały w domu pomocy społecznej. Takie były czasy – ci starsi już ludzie znajdowali dla siebie ciszę i spokój właśnie w takich miejscach. W Warszawie są takie domy pomocy społecznej, domy kombatantów, gdzie chyba czuli się najlepiej – to ładne miejsca, mieli zagwarantowany byt, opiekę lekarską, odwiedzały ich rodziny. Ale rzeczywiście znamienne jest, że aż trzy z pięciu żyjących jeszcze osób znalazłem w Domu Pomocy Społecznej.
Prowadziłem z tą piątką długie rozmowy na bardzo różne tematy, ale powiem szczerze: początki były bardzo trudne. Ci bohaterowie są bardzo zamknięci, nie chcą opowiadać o wszystkim, a jeśli już opowiadają, to dość mocno filtrują to, co mówią. Na początku czułem, że badają, w jakim właściwie celu dopytuję ich o takie szczegóły, o drobiazgi – nie mieli do mnie pełnego zaufania. Musiało upłynąć wiele miesięcy i wiele spotkań, zanim, dopiero po latach, przy każdym pobycie w Warszawie – gdy jeździłem tam do różnych archiwów, zawsze odwiedzałem całą piątkę – udawało mi się uzyskać znacznie więcej informacji na te same tematy, o które pytałem już wcześniej. To zaufanie przychodziło po prostu z czasem.
Jeden z tych długowiecznych żołnierzy, Zbigniew Rylski – bardzo ciekawa postać, dożył 102 lat – był świetnym rozmówcą, bo miał bardzo dobrą pamięć. Był żołnierzem, który naprawdę walczył na froncie, a nie – jak to ujął w jednym z wierszy Józef Szczepański – siedział w intendenturze, bo przecież nie wszyscy byli na pierwszej linii walki. Zbigniew Rylski walczył w pałacyku Michla, na ulicy Młynarskiej, na cmentarzach, i znał Janka Wróblewskiego – opowiadał mi o nim wiele rzeczy. Opowiadał mi też o tajemniczej śmierci pewnej dziewczyny – Anny [nazwisko w nagraniu niezrozumiałe fonetycznie] – której śmierć widział na własne oczy, a po wojnie nie odnaleziono jej zwłok. Mówił mi również, że Janek Wróblewski uratował mu życie na cmentarzach w czasie powstania – Janek miał wtedy taką pozycję, że był doskonale osłaniany przez jeden z pomników, a ranny w rękę Rylski, wycofując się z walki na Młynarskiej, chciał przejść przez miejsce ostrzeliwane przez snajperów. Rylski mówił, że ma do Janka ogromną wdzięczność, bo dzięki niemu przeżył.
Historie z opowieści tych pięciu żyjących po wojnie powstańców, żołnierzy Armii Krajowej, były różne – niektóre bardzo barwne, inne mniej, bo każdy z nich, jak mówiłem, chciał się trochę „odkryć”, a niektórzy zachowywali tajemnice do końca. To zresztą jeden z powodów, dla których do dzisiaj wielu uczestników tamtych wydarzeń pozostaje nieodkrytych i nie poznaliśmy ich historii. Ale ciekawe jest, że dzięki regularnemu odwiedzaniu, na które starczyło czasu, udawało się te informacje jeszcze bardziej pogłębiać.
Przypomniała mi się przy tym jedna z historii opisanych w książce: gdy udało mi się dotrzeć do bliższych osób, które mogły coś zaświadczyć, okazało się, że jedna z osób związanych z Jankiem – a właściwie jej mąż – kolekcjonowała mnóstwo pamiątek po nim: przez lata zbierany zbiór zdjęć i dokumentów. Po jego śmierci żona spaliła te dokumenty, o czym dowiedziałem się dosłownie chwilę po tym, jak mogłem je zobaczyć. Ten żal jakoś przełknąłem – trzeba się godzić z takimi porażkami, mimo luk w archiwach i dokumentacji. Było w tej czterdziestoletniej historii sporo takich momentów, gdzie byłem jednocześnie uradowany i załamany.
Nie wszystkie tu opowiem, ale faktycznie z wielką nadzieją pojechałem kiedyś do jednej rodziny, o której wiedziałem, że może mieć duże zbiory archiwalne, bo nieżyjący od kilku lat mąż pewnej pani również pasjonował się Jankiem Wróblewskim – to była jego daleka rodzina. Jak mi ta pani powiedziała, na działce miał schowane około dwóch dużych papierowych worków ze zbiorami różnych archiwów. Gdy jej mąż, Jan Niegowski, zmarł, ta pani nie bardzo wiedziała, co z tym zrobić – najpierw wyniosła worki na działkę, trzymała je gdzieś na poddaszu, później ktoś robił porządki... Dopytywałem, czy są jakieś pamiątki po mężu – tak, dwa worki. A co się z nimi stało? Pojechały na działkę. A potem? Zostały spalone. To był piorunujący cios, bo liczyłem, że będę miał mnóstwo ciekawych rzeczy, a okazała się ogromna porażka.
Ale docierałem do dalekich rodzin – czy to Janka Wróblewskiego, czy Tadeusza Wronowskiego – dzięki cierpliwości, a może raczej dużemu uporowi, bo chyba coś w moim charakterze jest takiego, że jestem trochę uparty. Ta cecha pozwoliła mi jednak doprowadzić niektóre sprawy do końca – tak jak nazwanie tych wysp, napisanie tych książek czy odszukanie wielu bardzo szczególnych informacji.
Opowiem o jednej takiej historii, do której dotarłem bardzo okrężną drogą. W Muzeum Powstania Warszawskiego znalazłem wniosek złożony w latach 80. o przyznanie Jankowi Wróblewskiemu Krzyża Powstańczego, a pod tym wnioskiem podpisała się niejaka Barbara Misiak. To nazwisko nic mi nie mówiło, znałem przecież bliższą i dalszą rodzinę Janka. We wniosku był jednak podany adres pani Barbary – zacząłem szukać tego miejsca, przy ulicy Białobrzeskiej w Warszawie, ale te kamienice są dziś zablokowane, trudno tam wejść. Napisałem list na ten adres i dowiedziałem się, że owszem, Barbara Misiak tam mieszkała, ale wyprowadziła się do Poznania w ramach zamiany mieszkań, a nowy lokator wiedział tylko tyle. Zacząłem więc szukać w Poznaniu – szczerze przyznam, że gdy chodzi o osoby starsze, zaczynam z reguły od cmentarzy, bo taka jest okrutna prawda, że w wieku 70, 80 czy 90 lat, choć zdarzają się i takie cuda jak sto dwa lata Zbigniewa Rylskiego... I rzeczywiście, przypadek sprawił, że natrafiłem na grób Barbary Misiak na jednym z poznańskich cmentarzy. Napisałem do zarządu cmentarza list z prośbą o zostawienie na grobie karteczki z informacją, że poszukiwana jest osoba opiekująca się tym grobem, aby nawiązać kontakt. Po mniej więcej pół roku odezwał się młody człowiek, który powiedział, że prawie w ogóle nie zna pani Barbary, ale wie, że jakaś osoba z jej rodziny mieszka w Częstochowie – i podał mi tylko numer telefonu.
Tą okrężną drogą dotarłem do Częstochowy, gdzie okazało się, że mieszka daleki kuzyn Janka Wróblewskiego, pan Andrzej Patczyk [nazwisko w nagraniu niejednoznaczne fonetycznie – w jednym miejscu pada jako „Patrzyk”], mający wspaniałe pamiątki – wszystkie oryginalne fotografie Janka z czasów młodości, ze szkoły, które są dziś w tej książce. Pan Andrzej nie pamiętał już dokładnie niektórych rzeczy, nie potrafił zidentyfikować niektórych fotografii, ale wspólnie, powoli, próbowaliśmy odtwarzać tę historię. Powiedział mi, że w czasie wojny miał tylko trzy lata, ale pamięta, jak Janek Wróblewski przyjechał do Częstochowy z jednym ze swoich kolegów, w wysokich, pięknie wyglansowanych oficerkach – i to zapadło mu w pamięć jako trzyletniemu wtedy chłopcu.
Wspólnie próbowaliśmy też rozszyfrować zdjęcia, choć nie na wszystkie moje wątpliwości udało się znaleźć odpowiedź. Sam się nawet dałem oszukać: jedno ze zdjęć, które umieściłem w książce – przedstawiające młodego Janka Wróblewskiego z siostrą Małgorzatą, która zmarła w wieku dwóch i pół roku – uznałem za pewne. A okazało się, po odnalezieniu dokumentu o śmierci Małgorzaty, że to na pewno nie mogła być ona, bo dzieci na zdjęciu były trochę starsze. Tak to się właśnie wszystko rodziło – po nitce do kłębka.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Niesamowite sploty. Jeszcze przejdę do pytania, żeby lepiej poznać na forum życiorysy tych ludzi – więc poprosiłabym Igora, żeby przeczytał wiersz Krzysia, czyli Andrzeja Ziemilskiego, pseudonim Krzyś, dedykowany między innymi Janowi Wróblewskiemu. Może jeszcze dwa słowa wstępu, jak ten wiersz należałoby odczytywać. Wiersz napisał Andrzej Ziemilski, pseudonim Krzyś, który był zastępcą Tadeusza Wronowskiego w oddziale Ciupaga, walczącym na Podhalu. Tadeusz Wronowski odszedł z oddziału Parasol, pokłócony z dowódcą Adamem Borysem, i stworzył własny oddział w górach na Podhalu, a Andrzej Ziemilski był jego zastępcą.
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Andrzej Ziemilski i Tadeusz Wronowski przeżyli wojnę. Andrzej Ziemilski to niesamowita postać – nie miałem zamiaru go w jakiś szczególny sposób wyróżniać w książce o Tadeuszu Wronowskim, ale gdy bliżej mu się przyjrzałem, zobaczyłem, że po wojnie poszedł zupełnie inną drogą niż Wronowski. Tadeusz Wronowski był takim „bojowcem”, który nie miał żadnych skrupułów, jeśli chodzi o walkę. Natomiast Andrzej Ziemilski straszliwie przeżywał masakrę okresu wojny – zaraz po niej zdecydował, że weźmie czynny udział w odbudowie Polski, jednocześnie z pewnością z wielką traumą wspominając to, co działo się w czasie okupacji i konspiracji.
Jego jedyny wiersz, jaki znalazłem w archiwach domowych rodziny Ziemilskich, jest właśnie poświęcony Jankowi Wróblewskiemu oraz Leszkowi Makajowi – dwóm bohaterom, obu poległym. Ten wiersz oddaje mnóstwo wątpliwości co do tego, jak żyć dalej po przejściu tak strasznych dni, tak strasznych lat okupacji. Proszę posłuchać.
*Pamięci Janka Zabawy i Leszka Makaja. Andrzej „Krzyś” Ziemilski.*
**[Wiersz recytuje Igor]**
> Znużone wędrówką bolesną,
> zbłąkane pokolenie,
> po zgliszczach dni, co płonęły
> w stos długich sześciu lat,
> stoimy przed sądem historii.
> Kto rzuci na nas kamieniem?
> Czy stanie za nami obrońca,
> który krzyknie: „Żak idzie w świat!”
>
> Młodość dojrzałeś w walce,
> wplotła w nią życie codzienne
> pacierzy wielkomiejskich.
> My, wykołysani w niej,
> umieliśmy wolność docenić
> i była nią ta nasza krew,
> którą czerwoną iskrzyły
> długie noce bezsenne,
> bo nade wszystko drogi był nam
> polskich PM-ów huk
> i śpiewy powstańcze o sercu,
> które w plecaku zostało,
> i tęcza marzeń przed nami,
> nierówny starówki bruk,
> co Warszawą w nas żyło
> i nią oddychało.
>
> Najdroższy był oddział rodzinny,
> batalion grupy szturmowej
> i pseudonimów zoologia
> chłopaków, których rzesza nas chwał,
> że wódka płynęła po akcji –
> na Chorej czy innej krajowej –
> nią zmywaliśmy krew.
> Nie, nie z rąk, a z naszych ciał.
>
> Znużone wędrówką bolesną,
> zbłąkane pokolenie,
> po zgliszczach, co miastem płonęły
> długich sześćdziesiąt dni,
> staniemy przed sądem historii.
> Czy rzuci w nas kamieniem
> ten, kto dziś jest tylko popiołem
> od garstki ziemi?
*(Uwaga redakcyjna: fragmenty wiersza w nagraniu bywają miejscami trudne do jednoznacznego odsłuchania – powyższy zapis oddaje sens i rytm w granicach możliwych do wiernego odtworzenia. Warto skonfrontować z ewentualnym zapisem źródłowym wiersza, jeśli taki zachował się w archiwum rodziny Ziemilskich lub Ośrodku KARTA.)*
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ (po recytacji):**
To wiersz napisany przez człowieka, który był już świadom śmierci wielu młodych ludzi. Janek Wróblewski zginął w wieku dwudziestu kilku lat – bodaj dwudziestu trzech – prawdopodobnie postrzelony przez osoby, które go znały, a wcześniej doświadczył już traumatycznych wydarzeń, między innymi akcji na Waltera–Sztama, w której także stracił bliskich. Mimo tych wydarzeń jego charakter pozostał niezłomny, dalej odważny – choć zakończyło się to tragicznie.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Jak różniło się pana podejście do badania losów człowieka, który zdążył dożyć wieku starczego, jak Tadeusz Wronowski – zmarły dopiero w 2013 roku, zdążył opisać swoje historie i wziąć udział w wielu innych wydarzeniach – od podejścia do pierwszego bohatera, Janka Wróblewskiego, którego historia jest bardzo odległa i tak szybko, niesprawiedliwie zakończona?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
To oczywiście dwie bardzo różne postacie. Janek Wróblewski, zanim pojawił się w Warszawie i rozpoczął działalność konspiracyjną, przeżył już bardzo dużo. Jako młody chłopak walczył z Rosjanami, z Armią Czerwoną w 1939 roku, gdy 17 września ruszył tak zwany front wschodni. Janek był wtedy w Wilnie i brał udział w obronie miasta, w tak zwanym batalionie studenckim – jako ochotnik. W książce Piotra Stachiewicza jest tylko wzmianka, że brał udział w walkach, a kolejne zdanie mówi już, że wrócił z zesłania z Syberii i znalazł się w Warszawie. Ten okres, od 1939 do 1942 roku, mimo że Stachiewicz miał dostęp i do Janiny Wróblewskiej, i do kolegów, którzy doskonale znali Janka, jest w jego książce właściwie pustką.
Bardzo mnie to zaintrygowało: jak to się stało, że Janek wrócił do Warszawy dopiero po prawie trzech latach? Gdzie w tym czasie był? Zadawałem sobie mnóstwo pytań, które postawiłem też w książce. Starałem się mocno rozbudować jeden z rozdziałów o to, jak wyglądał front wschodni, co działo się z Polakami na Polesiu, na Wileńszczyźnie, jak Sowieci traktowali Polaków i inne narodowości. Uważam, że mamy zbyt mało informacji, a młodzież ma ich zbyt mało, o tragediach, które działy się na wschodzie. Janek przeszedł tam prawdziwą masakrę: od 1939 roku, od walk w Wilnie, do 1942 roku przebywał w różnych obozach, był w więzieniu, był w obozie w Juchnowie, z którego w 1941 roku, po porozumieniu Sikorski–Majski, większość internowanych żołnierzy polskich została wypuszczona na wolność. Janek jednak wtedy „przepadł”.
Udało mi się, poprzez archiwa londyńskie, ustalić, że zamiast wyjść na wolność i dołączyć do armii Berlinga albo Andersa, trafił do więzienia w Gorkim. Musiało się tam coś wydarzyć – nie udało mi się wyjaśnić, z jakiego powodu Rosjanie go uwięzili, ale znalazłem korespondencję z 1941 roku, w której Rosjanie przyznają, że taki więzień siedział w celi 21 w Gorkim, ale że go już tam nie ma. Uzupełniając tę informację, odnalazłem pisemną relację jego przyjaciela, Eugeniusza Lubieńskiego, pseudonim Pająk, który opisał, że Janek po prostu uciekł z tego więzienia. Dlatego Rosjanie napisali do naszego konsulatu, że owszem, taki więzień był, ale już go nie ma – w ten sposób skwitowali to, do czego nie chcieli się przyznać: że słabo go pilnowali i po prostu, mówiąc potocznie, dał im dyla.
Trasa powrotna z Gorkiego do Warszawy to, jak zobaczycie państwo na mapie, olbrzymi dystans – a front niemiecki posuwał się już wtedy na wschód. Janek musiał przejść przez linię frontu, by dotrzeć do Warszawy. Jest jeszcze jedna wzmianka, że po drodze został złapany przez NKWD, ale nie rozpoznany – podał się za inżyniera, więc próbowano go wykorzystać do budowy lotniska na dalekiej Ukrainie. Zaczął je budować, ale nie miał zbyt bogatej wiedzy fachowej, i w pewnym momencie koledzy ostrzegli go, że NKWD podejrzewa go o sabotaż, bo lotnisko nie wyglądało zbyt profesjonalnie. To skłoniło go do zdecydowanego ruchu – przedostał się przez front i dotarł do Warszawy.
Więcej udało mi się ustalić właśnie o Janku Wróblewskim, bo więcej wysiłku w to wkładałem – Tadeusza Wronowskiego, który żył, można było po prostu dopytywać. Natomiast Janek stracił życie i trzeba było szukać po archiwach, po jego kolegach i znajomych – nie było tego podstawowego źródła.
Fascynujące jest jednak, że Tadeusz Wronowski – twardy, silny człowiek, o czym świadczą jego wcześniejsze pseudonimy, m.in. Jastrząb, wskazujące, że nie dawał się łatwo złamać – zaraz po wojnie, w 1945 roku, próbował się ukrywać, świadomy, że nastąpi rozliczenie nowej władzy z żołnierzami Armii Krajowej. Ukrywając się we Wrocławiu, pracował jako ochroniarz instytucji szukających dla siebie miejsca na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Odpowiadał za zabezpieczenie banku, sejfów – nie wiem, czy to była jego profesja, czy się tego dopiero uczył. Po kilkumiesięcznym ukrywaniu się jednak Urząd Bezpieczeństwa go dopadł i aresztował. Były to czasy, kiedy – mimo trwającego procesu ujawniania się żołnierzy – wykorzystywano to ujawnianie do infiltrowania Armii Krajowej i byłych żołnierzy. Tadeusza Wronowskiego aresztowano i wsadzono do więzienia.
Znalazłem bardzo ciekawy dokument, o którym nawet Tadeusz Wronowski nikomu nie powiedział: w 1947 roku podpisał zobowiązanie o współpracy. Tajemnicza historia, bo w IPN-ie poza tym jednym dokumentem nie było żadnych śladów faktycznej współpracy. Kiedy zacząłem to zgłębiać, okazało się, że przyjął wtedy pseudonim „Zabawa” – jakby koło się zamknęło. Prawdopodobnie na cześć kolegi, Janka Wróblewskiego, przyjął ten pseudonim przy podpisywaniu zobowiązania z Urzędem Bezpieczeństwa. Czy miała to być „zabawa” z bezpieką, czy wspomnienie o Janku – nie udało mi się tego rozstrzygnąć. Wronowski bardzo przeżył to więzienie i podpisane zobowiązanie – podejrzewam, że właśnie ono umożliwiło mu wyjście na wolność, choć w swoich relacjach opisuje to dość tajemniczo, jako ucieczkę. Trzeba jednak przypuszczać, że Urząd Bezpieczeństwa taką „ucieczkę” umożliwił.
Tadeusz Wronowski zaczął się wtedy poważnie zastanawiać, co dalej robić ze swoim życiem. Znał dobrze „Anodę” – żołnierza, który zginął tragicznie w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie, pełniącego rolę łącznika dla byłych żołnierzy AK z oddziałów Zośka i Parasol, umożliwiającego ucieczkę na zachód drogą morską. Anoda miał kontakty w Gdyni, z których Wronowski skorzystał. Pojechał do Gdyni, próbując zatrzeć za sobą ślad, gotowy do ucieczki na zachód – ale coś go w końcu skłoniło, by z tej eskapady zawrócić, wrócić na Podwale, do swojej ukochanej, z którą później się ożenił i przeżył do jej śmierci. Ta miłość sprawiła, że Tadeusz Wronowski został w Polsce. Zajął się swoimi pasjami – był przewodnikiem GOPR-u, pracował jako inżynier, skończył studia. Urząd Bezpieczeństwa dał mu spokój – w IPN-ie nie znalazłem żadnych dokumentów świadczących o faktycznej współpracy mimo podpisanego zobowiązania. Nikomu nie udało się nakłonić Tadeusza Wronowskiego, by opowiedział o tej historii bardziej szczegółowo.
Tadeusz Wronowski był jednym z żołnierzy, którzy pozostawali w konflikcie z Adamem Borysem, dowódcą Agatu-Pegaza-Parasola. Dziś Adam Borys bywa pokazywany przez historyków jako postać niezwykła, godna szczególnego uznania, wskazywana jako wzór – jeden ze współczesnych oddziałów Wojska Polskiego nosi zresztą jego imię. Tadeusz Wronowski był jednak – i nie tylko on – daleki od najlepszej opinii o Adamie Borysie. Chcę tu powiedzieć państwu o istnieniu strony internetowej poświęconej historii jednego z żołnierzy Agatu-Pegaza-Parasola, pseudonim Ali – Stanisława Huskowskiego [nazwisko w nagraniu wymawiane niejednolicie: Huskowski/Kuskowski/Chuskowski], który zginął pod Urzędem w trakcie powrotu z akcji zamachu na Koppego w Krakowie. Ten żołnierz był po wojnie, przez swojego dowódcę, pomawiany o najgorsze rzeczy. Rozmawiałem z niektórymi współczesnymi oficerami Wojska Polskiego, pytając, czy taka postawa – dowódcy pomawiającego o tchórzostwo i zdradę żołnierza wysłanego przez niego samego na bardzo niebezpieczną akcję – może być wzorem dla jednostek Wojska Polskiego. To skandaliczna, moim zdaniem, historia, tworzona przez niektórych współczesnych historyków, którzy nie badają historii, tylko próbują ją kształtować dla własnych celów. To okrutne, że niektórzy bawią się takimi pięknymi postaciami dla swoich współczesnych, trudnych nawet do nazwania interesów. Zachęcam do zapoznania się z tą stroną – jest tam wiele dowodów na to, że Adam Borys nie był tak szlachetną postacią, jak próbuje się go dziś odczytywać.
Tadeusz Wronowski wiedział o tym i buntował się – dlatego odszedł na Podhale wraz z Andrzejem Ziemilskim, podobnie jak wielu innych kolegów z oddziału, o czym Stachiewicz nie chce pisać ani mówić, a historycy nie zawsze chcą o tym głośno opowiadać: Adam Borys wysyłał tę młodzież zbyt pochopnie na akcje niezwykle źle przygotowane i niebezpieczne. Jedną z takich tragicznych akcji był zamach na Sztama, w którym brał udział między innymi Janek Wróblewski. Po tej akcji, w której zginęło ośmiu jego kolegów, a sama akcja się nie powiodła, Janek długo nie mógł dojść do równowagi – jak opisuje między innymi Andrzej Ziemilski, był zupełnie roztrzęsiony i nie mógł normalnie funkcjonować przez wiele godzin.
Historie związane z Jankiem Wróblewskim mają dalszy ciąg w moich poszukiwaniach, bo uważam, że taka postać zasługuje na to, by odznaczyć go – nawet po śmierci – najwyższymi odznaczeniami. W książkach historycznych znalazłem informację, że Janek miał nadany Virtuti Militari zaraz po wojnie. Gdy zacząłem sprawdzać to u źródła, czyli w Kancelarii Prezydenta, gdzie prowadzona jest lista odznaczonych, okazało się, że były wnioski o odznaczenie Janka, ale nie zostały zaakceptowane. Nie mam odpowiedzi, kto je odrzucał, ale jest ślad pozostawiony przez Wacława Czyszka, jednego z żołnierzy walczących w powstaniu, który w 1956 roku opisał tę historię, poddając w wątpliwość działania Adama Borysa, skreślającego niektórych ludzi z wniosków odznaczeniowych. Czyszek przeszedł całe powstanie, natomiast Adam Borys brał w nim udział tylko przez 6 dni – 6 sierpnia został postrzelony przez snajpera i nie widział Janka Wróblewskiego w akcjach. Wydaje się jednak, że to właśnie jego ręka wielokrotnie skreślała Janka z list odznaczeniowych, bo Adam Borys miał taki charakter – jeśli kogoś nie lubił, nie był wobec niego obiektywny.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
To bardzo istotny wątek – odkłamywania pewnych mitów i tego, jak takie mity się rodzą, bo mogą być sprawowane nie tylko przez władzę, jak to było za czasów komunistycznych, o czym pan również wspomina w książce – choćby przy okazji ocen szkolnych, gdzie zdanie tego czy innego nauczyciela mogło zupełnie inaczej wpływać na to, jak postrzegano dzieje. Poświęca też pan w książkach sporo miejsca temu, by przedstawić inne spojrzenie na postaci, wydarzenia i wątki, które były trochę zaniedbywane – dotyczy to i Wilna, o którym pan wspominał w kontekście Janka Wróblewskiego, i ataku sowieckiego, którego mit dość długo funkcjonował, a pan wyraźnie podkreśla, że należy go zwalczać. Także w kontekście samego powstania warszawskiego, które dopiero w ostatnich dekadach zaczyna być inaczej postrzegane – widać tę przemianę, a pan sam jej doświadczył i powołuje się w książkach na coraz to nowsze publikacje i dokumenty. Jak wyglądała ewolucja postrzegania tych wydarzeń i do czego pan by nawoływał, żeby dociekać jak najrzetelniejszych źródeł i prawdy?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Dotykamy tu bardzo trudnego tematu powstania warszawskiego. Edukowałem się i poznawałem jego historię w szkole, z dostępnych wówczas publikacji, ale moje zainteresowanie powstaniem jako młodego człowieka opierało się na zupełnie innej wiedzy i innym punkcie odniesienia. Dopiero po wielu latach doszedłem do wniosku, że wśród młodych ludzi nie powinniśmy pokazywać wyłącznie 1 sierpnia jako najwspanialszego dnia w naszej historii, kiedy wybuchło powstanie i młodzi ludzie próbowali wyrwać się z okupacji, dać odwet za to, co Niemcy przez pięć lat zrobili społeczeństwu Warszawy. Po wielu latach analiz doszedłem do wniosku, że coś jest nie tak w tym, jak opowiadamy tę historię, gdy kultywujemy dzień 1 sierpnia jako coś wyłącznie wspaniałego. Okazuje się bowiem, że powstanie warszawskie to nie była tylko wielka radość – ta radość trwała dosłownie kilka dni. Coraz więcej wagi przykładam do dnia 2 października, jako dnia zakończenia powstania, a nie do 1 sierpnia, bo trzeba pamiętać, że nie było jeszcze na świecie wojny, która nie niosłaby za sobą tragedii – ale tragedia powstania warszawskiego jest czymś niespotykanym. W różnych walkach ginęli ludzie, lecz tu niemal całe miasto zostało doszczętnie zrujnowane. Powstanie warszawskie spowodowało śmierć od 150 do 200 tysięcy ludzi. Zginęło około 15–18 tysięcy młodych żołnierzy Armii Krajowej, ale proszę zobaczyć, jak wielu zginęło przy okazji spośród ludności cywilnej Warszawy. Ile straciła Polska – bo Warszawa była miejscem przechowującym historię naszego kraju, a została zrujnowana nie tylko w czasie powstania, ale i po nim, na skutek decyzji Niemców, gestapowców.
Powinniśmy brać pod uwagę, że to, jak Niemcy rozprawili się z powstaniem, nie było przypadkiem – dało się to przewidzieć, i wielu historyków pisze o tym bez ogródek, z ogromnym żalem. Zaraz po wojnie generał Anders wypowiedział się na temat powstania, mówiąc, że dowódcy, którzy podjęli decyzję o jego wybuchu, powinni stanąć przed sądem wojskowym. Jest taka książka Piotra Zychowicza „Obłęd '44” – jest tam bardzo dużo faktów, i skłaniam się do myśli w niej przedstawionych. Analizując historię wybuchu powstania, dotarłem do oficerów Kedywu i podzieliłem ich sobie na dwie grupy, bo tak rzeczywiście było: byli tacy jak pułkownik Pełczyński, którzy świadomie, z premedytacją, popychali generała Bora-Komorowskiego do ogłoszenia wybuchu powstania, ale byli też fachowcy z wywiadu polskiego – pułkownicy tacy jak Bokszczanin czy Muzyczka – którzy doskonale wiedzieli, że powstanie skończy się straszną klęską. Pełczyński zawiesił zresztą jednego z nich, Bokszczanina, tuż przed wybuchem powstania, bo nie chciał go słuchać – to nie było zgodne z jego intencją.
Jest jeszcze postać Okulickiego, upamiętnianego dziś nazwami ulic, jako jednego z dowódców Armii Krajowej po zakończeniu działań wojennych. Jego tragedia wiąże się z tym, że był jednym z oskarżonych w tzw. procesie szesnastu, którym Sowieci zarzucili różne niecne czyny, i zakończył życie w więzieniu na Łubiance w Moskwie. Ale w latach 90. pojawiły się dokumenty potwierdzające – co dziś podnosi wielu historyków – że Okulicki dopuścił się chyba zdrady swoich żołnierzy. Był dwukrotnie więziony przez Sowietów: po raz pierwszy zaraz po inwazji w 1939 roku, drugi raz w 1945 roku. Są dokumenty potwierdzające, że jego zeznania złożone w moskiewskim więzieniu były tak wyczerpujące i dokładne, że ułatwiły poszukiwania dowódców i żołnierzy na terenie Polski, a Sowieci wtedy szybko się z nimi rozprawili – bo lata 1945–1947 to nie tylko polskie służby bezpieczeństwa i Urząd Bezpieczeństwa, ale wszystko to działało niejako pod przykrywką NKWD. To są tematy, które można drążyć, bo dochodzi tu też wątek funkcjonowania Armii Krajowej i konspiracji, w której uczestniczyli bohaterowie moich książek – młodzi ludzie.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Żeby nie nadwyrężać zanadto czasu, chciałabym jeszcze poruszyć temat najnowszych osiągnięć, czyli właśnie wysp na Zalewie Szczecińskim – żeby przedstawił pan okoliczności tej, jak wiem, długiej walki o spełnienie tego marzenia. Były też pomysły na inne upamiętnienia, między innymi nadanie szkole imienia Zabawy, i inne. Czy ma pan jakieś plany na przyszłość, jeśli chodzi o dalsze działania tego rodzaju, i jak wyglądały te dotychczasowe?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Te wyspy to był pomysł, który się zrodził, gdy byłem jeszcze aktywny zawodowo. Byłem głównym dyspozytorem portu w Szczecinie i znałem koncepcję Urzędu Morskiego dotyczącą pogłębienia toru wodnego Szczecin–Świnoujście. Znałem jednego z dyrektorów Urzędu Morskiego, Andrzeja Borowca, który już mniej więcej w 2015 roku przedstawił koncepcję, że w trakcie pogłębiania powstanie ogromna ilość tak zwanego urobku – piasku i innych materiałów – które trzeba będzie gdzieś zagospodarować. Jego pomysł polegał na tym, żeby stworzyć – na wzór istniejącej już na Zalewie Szczecińskim wyspy Chełminek, sztucznego tworu powstałego z refulatów jeszcze za czasów niemieckich – dwie nowe wyspy. Byłem już wtedy mocno zaangażowany w poszukiwania dotyczące Janka Wróblewskiego i Tadeusza Wronowskiego. Pomyślałem, że skoro na Zalewie Szczecińskim powstaną dwie takie wyspy na terenie turystycznym, byłoby wspaniale, gdyby nosiły nazwy kojarzące się z turystyką i rekreacją – „Zabawa” i „Przygoda” od razu nasunęły mi się na myśl.
Na początku pomyślałem: fajny pomysł, ale jak to zrealizować, jak doprowadzić do końca? Zajęło to ponad pięć lat, bo z początku myślałem, że to niewykonalne, niezwykle trudne przedsięwzięcie. Później, gdy przeczytałem dokumenty – ustawę o nazwach obiektów fizjograficznych, przepisy o funkcjach gmin, o tym, kto może taki proces rozpocząć – doszedłem do wniosku, że warto spróbować i sprawdzić reakcję burmistrzów. Pierwsze spotkanie odbyło się jesienią 2019 roku – zaszedłem do gabinetu burmistrza w dniu otwartych drzwi i powiedziałem: „Panie burmistrzu, nie wiem, czy pan wie, ale na pana terytorium powstaje nowa wyspa” – i w gruncie rzeczy dość ultymatywnie zaproponowałem nazwę „Zabawa”. Burmistrz mocno mnie wtedy podbudował – powiedział, że z wykształcenia jest historykiem, że cały dzień wysłuchiwał żalów i pretensji mieszkańców Międzyzdrojów, a na koniec dnia przyszedł ktoś, kto sprawił mu taką miłą niespodziankę – i że będzie kibicował tej sprawie, jeśli tylko podpowiem mu, jakimi ścieżkami iść.
To był dobry początek, choć nie chcę o tym wszystkim zbyt szeroko opowiadać – w książce o Tadeuszu Wronowskim opisuję tę historię obszerniej, bo była to sprawa bardzo skomplikowana. Niektóre instytucje – nie tylko radni – próbowały włożyć w tę koncepcję, jak to się mówi, kij w szprychy. Był taki moment, że mimo iż obaj burmistrzowie – bo jedna wyspa należy do Międzyzdrojów, druga do Stepnicy – zaakceptowali pomysł, nagle pojawił się minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, pan Marek Gróbarczyk, który w ostatnich dniach swojej politycznej kariery wpadł na pomysł, by ogłosić konkurs na nazwanie tych wysp, licząc, że w ten sposób ratuje swoje ministerstwo, wtedy już skazane na likwidację. Próbował, mówiąc wprost, storpedować mój i burmistrzów pomysł. Okazało się jednak, że mimo iż był politykiem, nie miał do końca dobrych doradców od strony prawnej – szybko udało mi się udowodnić, że nie miał do tego uprawnień, i udało mi się zastopować ten proces oraz przywrócić ścieżkę nazwania obu wysp: Zabawa i Przygoda.
Jeśli chodzi o plany na przyszłość – uważam, że jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, że udało mi się zrealizować pomysły, które jeszcze dosłownie 10–15 lat temu wydawały się niemal kosmiczne. Jestem spełniony. Myślałem wtedy, że uda się zrealizować tylko jedną rzecz – a udało się zrealizować wszystko, co sobie wtedy wymyśliłem. Tak jak powiedziałem na początku, wynika to prawdopodobnie z tego, że jestem cierpliwy, a może bardziej uparty niż cierpliwy.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Dziękuję bardzo za rozmowę i za odpowiedzi na moje wątpliwości. Chciałabym teraz oddać głos państwu – zapraszamy do pytań.
**[Głos z sali – zaproszona gościni, znajoma Zbigniewa Antonowicza ze szkoły średniej]:**
Zaczynam, ponieważ oblicza, charaktery i życiorysy tych bohaterów książek znamy dzięki właśnie Zbigniewowi. To jego pasja, cierpliwość i upór sprawiły, że te postacie po prostu ożyły – nie tylko one same, ale i cały kontekst ich sytuacji historycznej w szerszym spojrzeniu. Ktoś mógłby powiedzieć z boku: „no cóż, to było tak dawno, chyba nic już nowego się nie da ujawnić” – a jednak wszystko to ujawniło się dzięki postawie i zaangażowaniu autora. Znamy się ze Zbyszkiem od szkoły średniej – mieliśmy bardzo surową polonistkę, i on skromnie mówi, że miał kłopoty z językiem polskim, choć raczej czuł się w nim niespełniony, nie było to jego priorytetem w szkole. Nasza polonistka, pani dyrektor Wanda Marska, czule zwana przez nas Wandzią, gdyby to wszystko usłyszała i zobaczyła, byłaby niezmiernie dumna ze swojego wychowanka. Znając Zbigniewa tyle lat, nie wiedziałam, że ma taką zdolność wskrzeszania ludzi i historii. To też praca benedyktyńska – i dzięki takim ludziom historia ma swoje kolorowe punkty, które uzupełniają ogólną mapę. Jestem pełna podziwu dla twoich dokonań. Naprawdę dziękuję.
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Dziękuję. Powiedziałbym jeszcze od siebie, że mimo, powiedzmy, amatorskiego podejścia do pisania, ten język tym bardziej się przebija, tym lepiej dociera do odbiorcy – podobnie jak otwarte mówienie o wątpliwościach, niepewnościach i wszystkich próbach, które nierzadko nie kończyły się wymarzonym efektem, ale prowadziły do innych odkryć. To wszystko tu niesamowicie wybrzmiewa.
Właściwie jeszcze niewiele powiedziałem o Andrzeju Ziemilskim, którego odkryłem dosłownie kilka lat temu. Ta postać bardzo przypadła mi do gustu – okazało się, że po wojnie napisał on bardzo dużo relacji, które zacytowałem w swojej nowej książce. Poznałem też jego rodzinę: małżonkę i dwóch synów. Opowiadali mi różne historie, między innymi że Andrzej Ziemilski brzydził się kłamstwem, a każda jego relacja musiała być niezwykle dokładnie zbadana i możliwie najprawdziwsza, nawet jeśli pisana z pewną nutą niepewności. Zacząłem szukać tych relacji i znalazłem je w Ośrodku KARTA w Warszawie – okazało się, że Andrzej Ziemilski napisał ich bardzo dużo. Dopytując też jego rodzinę o archiwa domowe, udało mi się odnaleźć ten wiersz, który tu był recytowany. Wszystkie te relacje są pięknym świadectwem o tych szarych, codziennych dniach.
Andrzej Ziemilski na pewno udostępniał swoje relacje zarówno Piotrowi Stachiewiczowi, jak i Adamowi Borysowi, ale nie wszystko przedostało się do ich książek – wydaje się, że Stachiewicz skupił się raczej na walce, na działaniach bojowych, a nie na tym, jak ci młodzi ludzie żyli na co dzień, jak martwili się o to, czy dożyją następnego dnia, co będzie z ich rodzinami. Andrzej Ziemilski okazał się prawdziwą kopalnią wiedzy – między innymi o Leszku Makaju, postaci prawie nieznanej w książce Piotra Stachiewicza i we wcześniej opisywanych historiach. Leszek Makaj miał pseudonim Narwik. Jego ojciec był attaché wojskowym w Berlinie i zaraz po wybuchu wojny został aresztowany, całą wojnę spędzając w oflagu. Leszek, wraz z matką, ukrywał się w Warszawie, bo Niemcy poszukiwali rodzin oficerów Wojska Polskiego. Znał bardzo dobrze język niemiecki, dlatego dowództwo Agatu wykorzystywało go do akcji, w których trzeba było udawać niemieckiego wojskowego. Skończył jedną ze szkół w Berlinie – budował swoją legendę na wypadek wpadki, przedstawiając się jako kontuzjowany żołnierz Wehrmachtu, który przebywa teraz w Warszawie i współpracuje z gestapo. Uczył się przy tym charakterystycznych zwrotów z frontowego języka Niemców, a jako rzekomo kontuzjowany na wschodnim froncie – kulał, chodząc po mieście. Niektórzy nazywali go bardzo bojaźliwym, inni – bardzo zapobiegliwym.
To sprawiło, że dowódcy oddziału specjalnego Agat uczynili z niego łącznika bezpieczeństwa – funkcja ta wymagała, by znał wszystkich żołnierzy jednej z kompanii, co samo w sobie było ogromnym, dodatkowym obciążeniem psychicznym. Jego historia jest tragiczna: wpadł podczas jednej z akcji, został złapany przez Niemców, siedział na Pawiaku, był tam wykorzystywany jako tłumacz – to było tuż przed wybuchem powstania. Trafił do jednego z ostatnich transportów więźniów z Pawiaka do obozów w Niemczech. Jak relacjonuje Andrzej Ziemilski, w pociągu jego psychiczne siły się skończyły – nie wytrzymał presji i zmarł na zawał serca. Piszę o tym, że Niemcy uśmiercali na bardzo różne sposoby, czasem prosty, czasem bardzo złożony – a Leszek Makaj zmarł w pociągu na zawał serca, bo po prostu nie wytrzymał tego strasznego obciążenia.
Każda z relacji, każda z postaci, które tu wspominam, a wymieniam ich wiele w drugiej książce, o których ani Piotr Stachiewicz, ani wielu innych historyków i pisarzy nie wspominało – to prawdziwa kopalnia wiedzy, którą odkryłem, poznając relacje Andrzeja Ziemilskiego. Uwierzyłem, że pisał on wyłącznie prawdę, bardzo drobiazgowo opisując historie, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Dziękuję.
**[Głos z sali]:**
Skoro uczestniczy pan w tych wszystkich forach, zna te strony internetowe i tak dalej – jak hermetyczne jest to środowisko? Czy te informacje i zainteresowania wychodzą poza sferę fachowców? Pytam, bo zastanawiam się, czy takimi mocno hermetycznymi informacjami i badaniami można dotrzeć na przykład do mojej ukochanej wnuczki, która ma teraz 10 lat – i w jaki sposób?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Jestem cierpliwy, jak powiedziałem, lub uparty, i poświęcam sporo czasu – bo po prostu jestem emerytem, więc mam go trochę więcej – żeby wykorzystywać każdą okazję do zaszczepienia informacji o tych wspaniałych postaciach jako wzorcach dla współczesnego życia. Ciężko jest przebić się do młodzieży, ale różnymi technikami nieraz się to udaje. Dzięki między innymi znajomości ze środowiskiem związanym z Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym, podczas spotkań ze studentami, udawało mi się ich zaciekawić – jeśli ciekawe historie pokazuje się w przemyślany sposób, młode pokolenie da się wciągnąć. Brałem też udział w takich lekcjach pokazowych w Lesku, między innymi w rodzinie mojej małżonki, i nawiązałem kontakt z takim środowiskiem w internacie. Tych spotkań było kilka i doszedłem do wniosku, że młode pokolenie trzeba wciągać do rozmowy dość sprytną techniką – to nie może być tak jak dzisiaj, gdzie mieliśmy dialog między mną a Anielą i przekazywanie moich informacji. Młodszemu pokoleniu trzeba dać szansę, żeby ich w tę rozmowę wciągnąć – to nie może być przemawianie, tylko rozmowa. I wtedy nie trzeba się zrażać tym, że wiedzą mało – trzeba w jakiś sposób sprytnie zaszczepić im ciekawość, zostawić jakieś niedopowiedzenie, i to działa. Mam trochę doświadczenia jako wykładowca w Wyższej Szkole Morskiej, więc wiem, jaką metodą i techniką można to młodsze pokolenie zaciekawić – długi monolog nie daje żadnego efektu.
To się w pewnym stopniu udaje, choć jest bardzo trudne. Myślę, że współczesna młodzież potrafi zająć się takimi postaciami, jeśli pokaże się je w prosty sposób, bez nadmiernej koloryzacji – jeśli pokaże się fakty i dowody. Młodzi są bardzo uczuleni na niesprawiedliwość – wiem to, dlatego podkreślam w swoich książkach i na stronie „Zabawa z parasola”, że ci, którzy oddali życie, a są dziś posądzani, jak w historii Alego, czyli Stanisława Huskowskiego, to sprawa, którą młodzi bardzo szybko biorą sobie do serca, uważając ją za straszne draństwo. Ja też tak uważam i myślę, że nadszedł czas, by do takich spraw wracać. Będę do nich wracał, pokazując na swojej stronie nowe dowody na to, jak strasznie oczernia się po śmierci tych, którzy oddali życie – tak jak Stanisław Huskowski, który zginął pod Urzędem. Znam tę historię między innymi z relacji Wojciecha Świątkowskiego, który uczestniczył w akcji na Koppego w Krakowie i też był pod Urzędem. To, co Adam Borys opowiadał wtedy o Stanisławie Huskowskim, było zwykłym draństwem – to mi powiedział sam Wojciech Świątkowski, i mam nawet takie nagranie, które ujawnia prawdę o tamtych wydarzeniach. Dziękuję.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
Zachęcamy jeszcze do kolejnych pytań – ostatnie pytanie, ostatnia szansa.
**[Głos z sali]:**
Podążając śladami pana poszukiwań, widać, że wątki, na jakie pan trafiał, są niesamowite i przeciekawe – od innych żołnierzy noszących te same pseudonimy, przez zaginionych członków rodziny, po historie, pamiątki czy wydarzenia, o których wcześniej nie było głośno. Jakie odkrycia, niespodziewane wątki szczególnie pana zaciekawiły i zaskoczyły?
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ:**
Opowiem o historii dotyczącej Zbigniewa Rylskiego, tego, który przeżył 102 lata. Spędziłem z nim wiele godzin w Warszawie podczas rozmów, a on opowiedział mi niesamowitą historię związaną ze swoim wejściem w nową, powojenną Polskę. Ratując życie, przepłynął przez Wisłę na Czerniakowie, a za sugestią spotkanych tam żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego wstąpił do wojska, by zatrzeć za sobą ślad – powstańcy byli bowiem wyłapywani przez Sowietów i wywożeni na wschód. Dostał tam jakąś funkcję zaplecza, coś jak szef dużego składu wojskowego. Pewnego dnia, idąc do pracy w 1946 roku, rok po zakończeniu wojny, został aresztowany – na oczach kolegów z pracy wsadzono go do więzienia. Ponieważ Warszawa była wtedy jeszcze całkowicie zrujnowana, trafił do piwnicy jednego z budynków, których bronił podczas powstania. Skazał go sąd PRL-u, w bardzo dziwny sposób – przesiedział pół roku w tej piwnicy. Opowiadał mi, że na sali rozpraw, w obecności jego kolegów i przyjaciół, odczytano mu wyrok kary śmierci. Przesiedział jeszcze pół roku, zanim, dzięki swojej rodzinie, zorientował się, że sędzia odczytał wyrok kary śmierci tylko po to, by przestraszyć zebranych na sali, a naprawdę dostał wyrok dziesięciu lat więzienia.
Byłem na uroczystości, na której Zbigniew Rylski hucznie obchodził setne urodziny, i pozwoliłem sobie napisać dla niego wiersz zatytułowany „Śmiertelny epizod z życia Brzozy” – bo taki miał pseudonim: Brzoza. To historia oparta na faktach, napisana w dziesięciu rymowanych zwrotkach. Gdy mu ją wręczyłem, Zbyszek Rylski się popłakał – nie spodziewał się, że z naszych spotkań wyciągnę tak dużo materiału, by opisać w wierszu kawałek jego życia. Zrobiłem mu taką specjalną, okolicznościową laurkę.
**ANIELA KOŁAKOWSKA:**
To byłoby dobre dopełnienie naszego spotkania – poprosimy Igora o odczytanie tego wiersza. Tytuł: „Śmiertelny epizod z życia Brzozy”.
*(krótka, żartobliwa wymiana zdań między prowadzącą, Igorem i panem Zbigniewem przed odczytaniem wiersza)*
**[Wiersz recytuje Igor]**
*„Śmiertelny epizod z życia Brzozy”, autor: Zbigniew Antonowicz. Warszawa, 23 stycznia 2023 roku.*
> Niezwykłe losy Rylskiego Zbyszka,
> co w powstaniu stał, zdegradował,
> mimo że stronił od pań, kieliszka –
> trzeba napisać chyba od nowa,
> skreślić o nim nowe, piękne słowa.
>
> Przeżył sto latek i trudno zliczyć,
> gdzie los mu sprzyjał, gdzie duszek chronił,
> gdzie musiał w boju znowu ćwiczyć,
> gdzie go to Rusek, to Niemiec gonił,
> sztandar ukrywał, ranny chronił.
>
> Nie dziwi przecież, że źli wrogowie –
> lecz przecież ponoć Polacy, zaraz
> po wojnie, niby w odnowie,
> w mundurach ubrani, dziwni tajniacy,
> Zbyszka schwytali, gdy szedł do pracy.
>
> Wzięli do wozu, zatrzasnęli na Woli,
> znanej z powstania ulicy,
> tam, gdzie w powstaniu koledzy ginęli,
> pchnęli do ciemnej i zimnej piwnicy –
> okrutni, tępi jak bolszewicy.
>
> Kilka miesięcy go przesłuchiwali,
> nazwali go: „ziutek, czerwona zaraza”.
> Zarzut był groźny – chciał ich obalić,
> poza tym pewne, że Polskę zdradza –
> na to nie mogła pozwolić władza.
>
> Siedział w Pawiaku, siedział w [nazwa miejsca niepewna fonetycznie – w nagraniu „kicinie”] –
> nie dał się złamać, nie miał powodu,
> żeby ogłaszać, że zaraz zginie,
> że kończy życie tak młodo,
> zaznawszy w Sowietach syberyjskiego chłodu.
>
> Jednak tak było – dla przestrogi
> sędzia wymyślił straszliwą karę,
> żeby wystraszyć ludzi wrogich,
> złamać nadzieję, miłość i wiarę,
> a z bohatera zrobić ofiarę.
>
> Ten mały epizod z życia Rylskiego
> trwał – powojenne, krótkie dwa lata.
> Miał być swoistą zapłatą dla niego:
> zamiast podzięki – doczekać miał kata,
> zamiast orderów – zasieki, krata.
>
> Nie wiem, co Zbyszka bardziej wzmocniło –
> jego koledzy, czy jego rodzina.
> Nie wiem. A będzie mi bardzo miło
> napić się dzisiaj ze Zbyszkiem wina,
> zaśpiewać, że jeszcze nie ta godzina.
>
> Chciałbym mieć jeszcze taką okazję,
> ze Zbyszkiem Rylskim zwiedzić wybrzeże,
> żeby mógł ze mną uczcić Zabawę,
> co nie był mniejszym niż on żołnierzem –
> co był, tak samo, parasolarzem.
>
> Tego ci życzę i bardzo w to wierzę.
**ZBIGNIEW ANTONOWICZ (po recytacji):**
Dziękuję. Bardzo przedłużyliśmy ten czas – gospodarz mówił, że mamy godzinkę, a zrobiły się dwie. Jesteśmy tu z moją małżonką do państwa dyspozycji, jeśli ktoś chciałby jeszcze porozmawiać o jakichś kulisach bardziej prywatnie – możemy to zrobić tutaj, możemy też zaprosić do siebie do domu. I jeszcze raz bardzo dziękuję Krzysztofowi za udostępnienie tego miejsca oraz za to, że mogłem podzielić się z państwem tym, co mnie tak długo pasjonowało. Dziękuję.
**[Głos prowadzącego/gospodarza spotkania – w nagraniu nie da się jednoznacznie ustalić, czy mówi Aniela Kołakowska, czy gospodarz klubu]:**
Panie Zbigniewie, dziękuję za nasze spotkanie i za przyjęcie zaproszenia. Ktokolwiek spotka się z panem Zbigniewem, od razu zauważy, że to człowiek, który ma pasję – a im głębiej się w nią wejdzie, tym bardziej widać, jak jest cenna. My w klubie staramy się działać bezinteresownie i namawiać do tego młodzież, a pan jest tu świetnym przykładem, bo poświęcenia tak długiego czasu na zebranie tego materiału nie da się zmieścić w żadnym arkuszu kalkulacyjnym ani w żadnej „produkcji”. Dziękujemy też za to świadectwo i za pokazanie, jak ważne jest mieć serce, pasję i dzielić się nimi. Bardzo dziękuję. Dziękuję Anieli, która przygotowała i poprowadziła to spotkanie. Dziękuję Igorowi za jego obecność. Dziękuję jeszcze raz.